Polska to kraj rolniczy. Ponad połowa naszego krajobrazu to pola, łąki, pastwiska i sady. I właśnie tam, z dala od wielkich miast, najpiękniej odkrywa się prawdziwą Polskę – na rowerze albo pieszo. Wsiadasz na rower we wsi, pedałujesz polną drogą między złocistymi łanami zbóż, a wiatr niesie zapach skoszonej trawy. Albo idziesz wąską ścieżką przez łąkę, a pod nogami trzeszczy sucha ziemia. I nagle… nie jesteś sam. Nad głową przelatuje jaskółka, w oddali słychać radosny świergot skowronka, a na słupie przydrożnym siedzi pustułka i wpatruje się w trawę.

Te ptaki nie są tu przypadkiem. Są częścią krajobrazu, który kochamy, mam nadzieję, nie tylko na wakacjach. Ale warto wiedzieć jedno: ptaki krajobrazu rolniczego należą dziś do najbardziej zagrożonych w całej Europie. W Polsce ich liczebność w ciągu ostatnich 25 lat spadła średnio o jedną piątą. Niektóre gatunki, przykładem jest kuropatwa, nawet o 85%. Bolejemy nad tą stratą nie tylko dlatego, że są piękne i dodają uroku wiejskiemu pejzażowi. Są po prostu dla nas cenne, przede wszystkim estetycznie, ale też jako sprzymierzeńcy rolników.

Kiedy obserwujemy ptaki podczas spaceru, czujemy coś więcej niż zwykłą radość. Sam widok ptaka albo jego śpiew poprawia nastrój, a jak wskazują badania efekt trwa nawet osiem godzin. Redukuje stres, uspokaja, pomaga oderwać się od codziennego zgiełku. To jak naturalna terapia, tańsza niż jakikolwiek gabinet i dostępna od razu za progiem miejskich rogatek, czy lepiej – płotem agroturystyki. Siedzisz na werandzie z kawą, patrzysz, jak pliszka biega po ścieżce i kiwa ogonkiem, a w głowie robi się ciszej i jaśniej.

Ale ta radość ma też głębszy wymiar. Im dłużej patrzymy na ptaki, tym bardziej zauważamy, jak bardzo zmieniamy krajobraz. Jeszcze 30–40 lat temu pola były mozaiką: tu pas łąk, tam miedza pełna krzewów, tam rów z wodą i kępa drzew. Dziś coraz częściej widzimy wielkie, równe jak stół monokultury. Likwidujemy zadrzewienia, zasypujemy oczka wodne, stosujemy coraz więcej chemii. I ptaki znikają.

Walec niekorzystnych zmian kręci się coraz szybciej. A gdy patrzymy na to z perspektywy urlopowej przejażdżki rowerem, zauważamy coś jeszcze: te zmiany to nie tylko sprawa chemii i monokultur. To także zapis naszej ludzkiej nieodpowiedzialności w gospodarce wodą. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Polska wieś była mozaiką mokrych łąk, oczek wodnych i zadrzewionych miedz. Dziś rowy melioracyjne sprawnie odprowadzają wodę, torfowiska schną, a gleba latem pęka z pragnienia. Coraz częstsze susze, efekt zmian klimatu spotęgowany naszymi decyzjami, sprawiają, że krajobraz robi się coraz bardziej „pusty”. Mniej owadów, mniej wilgoci, mniej życia. Ptaki tracą swoje miejsca. I my razem z nimi tracimy coś ważnego: ten kojący, pełen dźwięków i kolorów pejzaż, który tak lubimy wspominać z wakacji.

 

Poznajmy je bliżej

Skowronek polny – głos polskiej wsi i nostalgia 

Gdy stajesz na skraju pola wczesną wiosną i słyszysz wysoki, niekończący się trel dobiegający prosto z nieba – to on. Skowronek. Mały, niepozorny brązowy ptaszek, który wznosi się pionowo w górę i śpiewa tak pięknie, jakby chciał opowiedzieć całemu światu o radości życia. Dla starszego pokolenia to dźwięk czystej nostalgii – „zegar pól”, zwiastun wiosny, znak, że wszystko zaczyna się od nowa. Wielu pamięta, jak w dzieciństwie budził ich o świcie nad łanami. W ludowej kulturze był symbolem nadziei i odrodzenia. Dziś jego śpiewu słychać coraz mniej. Susza i osuszanie łąk sprawiły, że coraz trudniej mu znaleźć miejsce na gniazdo w krótkiej trawie. Kiedy go usłyszysz, zatrzymaj się. To nie tylko piękny głos. To kawałek naszego dzieciństwa i wspomnienie po dawnej, żywej wsi.

Bocian biały – symbol polskiej wsi 

Największy i najbardziej dostojny. Stoi na jednej nodze na kominie albo spaceruje powoli po łące, wyszukując chrząszcze, dżdżownice i małe gryzonie. Dla wielu z nas bocian to po prostu „bociek” – znak, że lato jest w pełni, a gospodarstwo jest zdrowe. Jego klekotanie nad dachem to jeden z najpiękniejszych dźwięków polskiej wsi. W kulturze ludowej przynosi szczęście i nowe życie. Dziś coraz rzadziej zakłada gniazda na dachach – bo coraz mniej mokrych łąk i rowów, w których może znaleźć pokarm. Kiedy widzisz bociana na spacerze, wiesz, że krajobraz jeszcze żyje.

Jaskółka dymówka – żywy odkurzacz

Leci nisko, z rozwidlonym ogonem jak nożyczki, i robi pętle nad podwórkiem. Jedna para zjada w ciągu lata setki tysięcy komarów, much i meszek. Dla rolnika to naturalny pomocnik w walce z owadami, dla nas – gwarancja spokojnego wieczoru na werandzie. Ich gniazda w oborach czy kurnikach to znak, że gospodarstwo jest „żywe”. A gdy odlatują jesienią, zostawiają po sobie ciszę… i nadzieję na ich powrót wiosną.

Pustułka – helikopter nad polem

Wisi nieruchomo w powietrzu, trzepocząc skrzydłami, i wpatruje się w trawę jak mały dron. To pustułka na polowaniu. Specjalistka od norników i myszy. Dzięki niej rolnik ma mniej strat w spichlerzu, a my – mniej gryzoni na polu. Jej widok nad łanem zbóż to jeden z najpiękniejszych „urlopowych” kadrów polskiej wsi. I jeden z najbardziej zagrożonych – bo bez mokrych miedz i pasów traw po prostu nie ma gdzie polować.

 

I tych bohaterów jest znacznie więcej i – jeśli będzie zainteresowanie – będziemy przedstawiać ich w kolejnych odcinkach cyklu.

Czy da się zatrzymać walec?

Tak! I wcale nie trzeba być naukowcem ani wielkim aktywistą. Wystarczy zacząć od małych rzeczy, które jednocześnie dają nam więcej radości z przyrody. Po pierwsze – poznawajmy je. Bo naprawdę kochamy to, co znamy. Następnym razem, gdy na rowerowej przejażdżce usłyszysz skowronka albo zobaczysz bociana na łące, zatrzymaj się. Weź lornetkę, włącz aplikację do rozpoznawania ptaków, nazwij je po imieniu. Opowiedz dzieciom albo wnukom. Przekaż dalej tę nostalgię i zachwyt. Po drugie – wspierajmy krajobraz. Wybierajmy agroturystykę, która zostawia miedze, nie wycina drzew i nie pryska chemikaliami „na zapas”. Rolnicy, którzy wieszają budki lęgowe, zostawiają pasy kwiatów przy polach albo dbają o mokre łąki, robią coś pięknego nie tylko dla ptaków, ale i dla nas, chwilowych gości. Bo tam, gdzie są ptaki, jest po prostu przyjemniej. I po trzecie – pamiętajmy o ich cichej, codziennej pracy. Jaskółka, sikora, sowa, pustułka i bocian to mali pracownicy, którzy pomagają utrzymać równowagę. Dzięki nim mamy mniej owadów, mniej gryzoni i zdrowsze pola.

Nie musimy czekać na wielkie programy. Wystarczy, że zaczniemy zauważać. Że podczas spaceru wśród pól i łąk nie tylko cieszymy się widokiem, ale też rozumiemy, co tracimy. I że małe gesty – budka dla sikor, zostawiona miedza, szacunek dla wody w krajobrazie – mogą sprawić, że za rok, dwa, dziesięć lat te same drogi rowerowe będą wciąż pełne śpiewu skowronka, klekotu bociana i świergotu jaskółek.

Bo Polska rolnicza to nie tylko chleb i ziemniaki. To także niebo pełne ptaków, głosy dzieciństwa i pejzaż, który chcemy zostawić następnym pokoleniom. Warto, żeby tak zostało.

 

 

fort. Eliza Bartolik

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

dwa × dwa =