Samorządy bardzo lubią mówić o rozwoju. Rozwój jest słowem bezpiecznym, dobrze brzmiącym i niemal zawsze pozytywnie odbieranym. Gmina ma się rozwijać, miasto ma przyciągać inwestorów, miejscowość turystyczna ma zwiększać swoją atrakcyjność, a nowe obiekty mają tworzyć miejsca pracy i przynosić podatki. Trudno przecież publicznie wystąpić przeciwko rozwojowi.

Problem zaczyna się wtedy, gdy pod tym słowem zaczynamy rozumieć przede wszystkim budowanie. Lub zabudowywanie.

Im większy hotel, tym sukces. Im droższa inwestycja, tym lepsza promocja gminy. Im więcej metrów kwadratowych sprzedanej przestrzeni, tym silniejsze przekonanie, że samorząd „rozwija się”. W tym myśleniu jest jednak pewna pułapka: można rozwijać gminę tak intensywnie, że w końcu zniszczy się dokładnie to, co stanowiło o jej wartości.

Atrakcyjne miejscowości przyciągają ludzi wodą, plażami, wydmami i krajobrazem albo lasami i przestrzenią, widokiem, ciszą i poczuciem kontaktu z przyrodą. I gdy potem widzę, jak „zwiększa się atrakcyjność” tych miejsc poprzez ich zabudowywanie, to tylko przychodzi mi na myśl przykład restauratora, który chcąc zwiększyć liczbę stolików, krok po kroku likwiduje kuchnię.

Nie mam nic przeciwko inwestycjom. Nie mam nic przeciwko hotelom, pensjonatom czy apartamentom. Mam natomiast coraz większy problem z przekonaniem, że każda przestrzeń, którą technicznie można zabudować, powinna zostać zabudowana. Są miejsca, których największą wartością jest właśnie to, że nic na nich nie stoi.

W wielu polskich miejscowościach obserwujemy dziś coś, co można nazwać powolnym przechodzeniem krajobrazu ze sfery dobra wspólnego do sfery produktu. Widok na jezioro staje się elementem ceny apartamentu. Bliskość plaży staje się argumentem reklamowym hotelu. Sąsiedztwo lasu podnosi wartość nieruchomości. Wszystko to jest oczywiście zgodne z logiką rynku. Ale samorząd nie jest przecież biurem pośrednictwa nieruchomości.

I mamy potem, co mamy… Hel: inwestycja hotelowa na samym krańcu helskiego cypla wiąże się z wycinką kilkuset drzew i co gorsza, naruszeniem unikalnego terenu Helu. Międzyzdroje: na tamtejszej plaży powstaje hotel, który dzięki (cytat z reklamy): „doskonałej lokalizacji, najwyższej klasy udogodnieniom oraz niepowtarzalnemu widokowi na morski krajobraz przywróci dawny blask Międzyzdrojów!”. Pobierowo: wielki obiekt hotelowy mający problemy z zezwoleniami zdewastował nie tylko okoliczne lasy, ale wszystko wskazuje na to, że jest początkiem końca mniejszych inwestycji wypoczynkowych w mieście. Giżycko: tuż nad jeziorem jest planowana jedna z największych inwestycji turystycznych w regionie Wielkich Jezior Mazurskich; ma to być hotel, domki, zaplecze rekreacyjnie – tak rozległe, że wielu z obserwatorów wyraża obawy o dewastację niezabudowanego dotąd brzegu jeziora Kisajno. Skala planowanej inwestycji powoduje, że mówi się o całkiem nowej miejscowości na polach, która może doprowadzić do „bezpowrotnej zmiany krajobrazu jednej z najcenniejszych części Mazur” (Hotelarz, 19.09.2025).

Coraz częściej obserwujemy taką sytuację, kiedy władze lokalne tłumaczą mieszkańcom sensowność kolejnej wielkiej inwestycji (miejsca pracy, podatki, promocja, zwiększenie liczby turystów, rozwój infrastruktury) wydając zgodę na niszczenie przestrzeni, która stanowi o atrakcyjności takiej miejscówki.

Widzę coraz częściej, że jednym z coraz bardziej widocznych problemów współczesnego rozwoju lokalnego jest swoista prywatyzacja krajobrazu i przyrody. Nie chodzi przy tym wyłącznie o formalne przejmowanie gruntów przez prywatnych inwestorów, lecz o proces, w którym przestrzenie mające dotąd charakter wspólny – plaża, brzeg jeziora, las, wydma, zbocze góry czy otwarty krajobraz – zostają podporządkowane interesowi komercyjnemu. Powstają hotele, apartamentowce, zamknięte osiedla i kompleksy turystyczne, które wprawdzie zajmują konkretną działkę, ale ich oddziaływanie wykracza daleko poza granice nieruchomości. Zmieniają krajobraz, zwiększają presję komunikacyjną i turystyczną, powodują wycinkę drzew, uszczelnienie powierzchni, ingerencję w stosunki wodne i siedliska zwierząt, a niekiedy również ograniczają faktyczny dostęp mieszkańców do miejsc, które wcześniej były przestrzenią wspólną.

Przez ostatnie trzy dekady nauczyliśmy się w Polsce wiele mówić o prawie własności. Znacznie mniej mówimy o prawie wspólnoty do krajobrazu. Nie ma czegoś takiego, że deweloper kupując ziemię po apartamentowiec kupuje jednocześnie wyłączne prawo do dostępu do jeziora albo do krajobrazu.

Władza publiczna powinna bardzo mocno – poza robieniem dobrze inwestorom – zabiegać także o dobro publiczne. Gdzie każdy będzie miał takie same prawo chodzić na brzeg jeziora – hotelowi goście i mieszkańcy miasta; gdzie każdy będzie mógł schodzić na plażę – ci z „resortu” i ci z pobliskich wiosek.

I po wielu latach może się okazać, że najbardziej przewidującymi samorządowcami nie byli ci, którzy zbudowali najwięcej, lecz ci, którzy potrafili w odpowiednim momencie czegoś nie zabudować.

 

 

fot. tytułowa: https://unsplash.com/@milinjohn

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

10 + dwadzieścia =