Spokojnie, to nie jest tekst teologiczny ani rozprawka o wyższości piekła nad niebem. Bogobojni czytelnicy nie muszą się więc obawiać, że zostanie tu naruszona jakakolwiek ich wrażliwość.

Ten felieton rodził mi się dziś w głowie, gdy wracałem z pracy rowerem do domu w temperaturze przekraczającej 30 stopni Celsjusza. Miejscami, zwłaszcza na ulicach niemal całkowicie pozbawionych zieleni, miałem wrażenie, że jest znacznie goręcej. Nie pomagała nawet jazda rowerem, bo owiewający mnie wiatr bardziej oklejał ciało, niż je chłodził.

Mijani ludzie rozpaczliwie szukali cienia pod drzewami. Ci, którzy siedzieli w weekendowych ogródkach, wybierali miejsca osłonięte parasolkami albo cieniem pobliskich kamienic. Inni po prostu wachlowali się tym, co mieli pod ręką. Podobnie zachowywały się mijane samochody – może się nie wachlowały, ale też zamierały w cieniu, nawet jeśli oznaczało to stanie w poprzek alejki i wystawianie bagażników na ścieżki rowerowe. Byle w cieniu.

Gdy dotarłem do domu, jeden z termometrów wskazywał 50 stopni w pełnym słońcu, a drugi całkowicie się rozkalibrował.

Najgorzej ma być w weekend, gdy temperatura może przekroczyć 40 stopni Celsjusza. O temperaturze odczuwalnej boję się nawet myśleć. Będzie to zapewne jeden z najgorętszych weekendów tego roku i jeden z tych momentów, kiedy nadmierne ciepło nie jest już tylko jednodniową uciążliwością, lecz kilkudniowym doświadczeniem.

Jeszcze niedawno niektórzy facebookowi śmiałkowie, gdy w czerwcu było plus 14 stopni, obśmiewali tych, którzy przestrzegali przed falami gorąca związanymi ze zmianami klimatu. Nie mam złudzeń: znów się zaktywizują, gdy tylko lekko się ochłodzi i szybko zapomną o dyskomforcie życia w upałach. Tak samo dzieje się zimą, gdy śnieg poleży dłużej niż dwa dni i zaczyna się festiwal szyderstwa: „Ha, ha, i gdzie to wasze ocieplenie klimatu?”.

Upał dotyka wszystkich – zarówno tych, którzy dostrzegają zmiany klimatu, jak i tych, którzy notorycznie z nich szydzą. Nawet mój kolega, prawicowo nastawiony do życia i zawzięcie krytykujący wszystkie te „ekologizmy” i „klimatyzmy”, odwołał swoją imprezę z powodu „nadmiernego ciepełka”. On nazywa to jeszcze ciepełkiem, ale widzę, że inni zaczynają już poważnie zastanawiać się nad tym, co się dzieje.

Dlatego w tym „klimatycznym piekle” widzę pewną szansę. Może właśnie takie doświadczenia pozwolą lepiej uświadomić ludziom skalę, częstotliwość i niebezpieczeństwo zjawisk, które jeszcze niedawno wielu traktowało jak abstrakcję. Może pomogą zmienić postawę części osób – z szyderczej na bardziej uważną, a może nawet aktywną. I może pokażą, że nasz wpływ na wielkie globalne procesy klimatyczne bywa z lokalnej perspektywy ograniczony, ale nasz wpływ na adaptację do ich skutków jest już naprawdę znaczący.

Dlatego tak ważne są rzeczowość i wiarygodność przekazu. Narrację o zmianie klimatu prowadźmy w oparciu o to, co sami widzimy i co możemy realnie pokazać w najbliższym otoczeniu: że susza niszczy plony, że powodzie dewastują miasta, że gwałtowne zjawiska pogodowe w Polsce przynoszą coraz poważniejsze straty, a czasem także ofiary. Pokazujmy to, co dzieje się wokół nas. Może systematycznie uda się w ten sposób zamykać usta notorycznym krytykom tych problemów.

Ale mówmy nie tylko o zmianach klimatu. Mówmy także o adaptacji – o małych, lokalnych zmianach, które mogą stać się motorem większych działań. Uświadamiajmy wartość wody i zieleni, które lokalnie schładzają powietrze i powierzchnie. Pokazujmy szkody, jakie przynosi słynna „betonoza”, choćby przez nadmierne nagrzewanie terenu. Przypominajmy o znaczeniu mokradeł i torfowisk, które magazynują wodę i wspierają lokalne zasoby wodne. Pokazujmy, że wzmacnianie bioróżnorodności to nie tylko „ochrona ptaszków, pajączków i żabek”, ale także szansa na większą odporność lokalnego rolnictwa. Mówmy o niebezpieczeństwach miejskich wysp ciepła, które potęgują skutki upałów.

Może dzięki temu uda się przekonać lokalnych włodarzy, by zrezygnowali z utwardzania rynków naszych miejscowości na rzecz bardziej urozmaiconych, brukowo-zielonych przestrzeni. Może uda się uratować lokalne torfowisko działające jak gminna gąbka – oddające wodę w czasie suszy i upałów, a wchłaniające ją wtedy, gdy jest jej nadmiar. Może uda się zatrzymać albo ograniczyć inwestycję deweloperską zagrażającą miejskiemu parkowi, który daje cień, chłód i wilgoć. Może uda się ocalić lokalne szpalery drzew i pobliską łąkę.

Fala ciepła uzmysławia nam, przed czym uciekamy, skąd i dokąd uciekamy i gdzie znajdujemy ukojenie. To najlepszy moment, by na podstawie naszych własnych doświadczeń pokazać sens ochrony środowiska i wzmacniania naszych miejscowości wobec radykalnych zmian.

Może więc – piszę to trochę pół żartem, pół serio – dobrze się stało, że nastało chwilowe piekło. Dzięki niemu łatwiej docenić wszystko to, co w naszej okolicy zielone, mokre i zacienione.

 

Zdjęcie tytułowe: https://unsplash.com/@jonathanborba

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

13 − dwanaście =