Uwielbiamy etykietować innych i uznajemy, że to wystarczy zamiast debaty. Taki wniosek przychodzi mi na myśl co jakiś czas, ale ostatnio wbił się do głowy (chyba) na stałe… Wszystko za sprawą potyczek w social mediach, gdy zdarzyło mi się kilka razy pochlebnie wyrazić o jednym ze coraz bardziej znanych poznańskich aktywistów miejskich. Na jego nieszczęście bardzo sprawnie poradził sobie z manipulacjami polityków, przez co stał się osobistym wrogiem wielu.

Nie piszę o szczegółach – każdy zainteresowany sam wie o co chodzi – bo po pierwsze nie zajmuję się tu sprawami polityki, a po drugie: nie chcę rozmywać istoty problemu. A problem nazywa się: nie umiemy ze sobą rozmawiać.

W przypadku tamtego człowieka, w socialach pojawiły się etykietki: „lewak”, „młokos”, „bananowy młodzian” – by przywołać te najmniej toksyczne – ale to tylko mały przykład na to, jak etykietowanie rozepchnęło się w przestrzeni publicznej i próbuje udawać debatę.

Dlaczego piszę o tym tu, w Zielonym Pokoju? Bo problem jest szerszy niż polityka. Ile razy usłyszeliście Państwo o „ekoświrach”, „ekoterrorystach”, „ekościemie”, „ekobzdurach”? Przecież to też etykiety, po przyklejeniu których wielu „rozmówców” czuje się zwolnionych od potrzeby formułowania jakichkolwiek argumentów, „bo przecież z ekoświrami nie można rozmawiać”.

Etykiety zamiast argumentów. Pomijam już to, że towarzyszące etykietkom przekonanie, że wystarczą one, by pozwalać komuś wypowiadać się lub nie, jest generalnie śmieszne, to w dodatku jest to przekonanie ograniczające jakiekolwiek perspektywy i niebezpieczne. Bo dla wielu jest wystarczające. Dla wielu jest „normalne”.

Ja nie zgadzam się z taką podstawą. Właśnie dlatego, że tworzy to przestrzeń do głupkowatego etykietowania, ale jest też początkiem niechęci i wrogości wobec „tego innego”. Dla kogoś, kogo nie lubimy, szkoda nam czasu. Wrogów tępimy, a nie rozmawiamy. Problem w tym, że wśród wielu wrogów nie zauważamy normalnych ludzi, którzy są „winni” tylko dlatego, że mają inne poglądy. Albo inne uzasadnienia dla swoich podstaw. I nie rozmawiamy.

Przepraszam, że podam swój przykład, ale dla mnie problemem jest środowisko myśliwych, z którymi w zdecydowanej większości nie da się rozmawiać, bo zachowują się jak rozgorączkowani młodzieńcy i mają tendencje do manipulowania – ale rozmawiam z nimi. Owszem, z niewieloma. Owszem, jest to niekiedy pretekst dla moich „zielonych przyjaciół”, by mnie ostro krytykować, ale i tak z rozmów nie rezygnuję. I nie mam poczucia straconego czasu, bo na rozmowach zyskuję. Czegoś się tam dowiem, od czasu udowodnię im brak sensu i fikcje, w jakich żyją.

Przyklejając etykietki i nie rozmawiając tracimy szanse na sojusze w obronie przyrody, marnujemy szanse na wypracowanie (czasami kiepskich, ale zawsze) kompromisów na rzecz ochrony środowiska.

Zapewniam, że sojusze dla doliny Rospudy były tworzone przez ludzi o najróżniejszych poglądach. Zapewniam, że ochrona miejsc świętych pod Chodzieżą była podejmowana przez ludzi o różnych, czasami skrajnych poglądach. W wielu miejscach toczą się batalie o ochronę lasu, jeziora, rzeki, mokradła. Za każdym nie różnice, a podobieństwa budują sukces.

Nie rozmawiając tracimy szanse na „poznanie innego”, który z czasem może okazać się „nasz”. Tracimy szanse na budowanie fajnej wspólnoty budującej fajny świat.

Może te problemy z jakością debaty publicznej powinny być sygnałem dla tych, co kształtują system oświaty, by poprawić jakość edukacji publicznej, umiejętności rozmawiania o trudnych sprawach?

 

fot. tytułowa; https://unsplash.com/@theshubhamdhage

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

siedemnaście − 10 =