Pierwszy raz w życiu spotkałem uczestnika ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Właściwie nie tyle spotkałem, co nawiązaliśmy kontakt wzrokowy na skrzyżowaniu, na którym on czekał na przejście, a na ja na przejazd. Niósł duży brzozowy krzyż.

Nie wiem skąd szedł i dokąd szedł. Nie wiedziałem ile ma za sobą, a ile jeszcze przed sobą. Jak słyszałem, każdy wybiera swoją drogę, swój czas, swoje tempo i swoje intencje.

Nigdy dotąd w ekstremalnej Drodze Krzyżowej nie brałem udziału: albo zabrakło odwagi, albo zabrakło sił i przekonania, albo brakowało zdrowia, albo praca uniemożliwiała mi taką decyzję, ale idea wędrówki jako modlitwy nie jest mi obca.

Co jakiś czas widzę katolików biegających z różańcami w biegach maratońskich, z życzliwością przyglądam się pieszym lub rowerowym pielgrzymkom po świecie w różne miejsca, wiele biegów duchowych na świecie ma wymiar właśnie modlitewny.

Dennis Banks, Indianin Anishinaabe, kilkadziesiąt lat temu prowadząc Święty Bieg Na Rzecz Ziemi i Życia z Londynu, przez Polskę, do Moskwy nauczył nas, że „co krok, to modlitwa”. To oznacza, że każdy w ówczesnych uczestników Sacred Run miał okazję do dłuższych modlitw, we własnym rytmie, rycie, we własnej wierze i na swój sposób. Taka idea przyświecała mi trzynaście lat temu, gdy ogłaszałem organizację Biegu Na Rzecz Ziemi – jako inicjatywy ideowej, w której nie liczą się wyniki i rekordy, a podczas której wielu się modli na trasie. Każdy we własnym rytmie, rycie, we własnej wierze i na swój sposób.

Temat duchowych przeżyć wędrowania po świecie, owego pielgrzymowania, jest dość często podejmowania w różnego rodzaju refleksjach tych, którzy takie wędrówki podejmowali.

Niedawno o. Tomasz Jank OFMConv. opublikował refleksje z takiego duchowego wędrowania w książce pt. „Z Gdańska do Asyżu na piechotę, czyli spełniony sen o pielgrzymowaniu”, gdzie opisuje swoją osiemdziesięciodniową wędrówkę przez sześć krajów – z północy Polski aż do serca włoskiej Umbrii. Książka jest reklamowana jako „zaproszenie do wejścia w przestrzeń, w której pielgrzymowanie staje się modlitwą”.

„Krzyż Ameryki. Dziennik z pieszej drogi przez kontynent” Romana Zięby to kolejna opowieść o tym, jak „190 dni pieszej wędrówki dwoma szlakami przez kontynent Ameryki Północnej wypełniała modlitwa milionów kroków”.

Samotne, najczęściej, wędrowanie ma w sobie wiele walorów: skupienia na trasie, bo nie zawsze cel jest najważniejszy; na intencji, bo wiele razy podejmujemy decyzję o takiej dłuższej wędrówce właśnie z powodu jakiegoś wydarzenia – modlitwy za kogoś chorego, w podziękowaniu za ozdrowienie, za pomyślność  w pokonywaniu życiowych trudów; na tym, by porozmawiać z samym sobą, przewietrzyć sobie głowę, dać sobie czas na przemyślenie ważnych decyzji i postanowień; a może i na tym, by porozmawiać ze Stwórcą?

Żadnego z tych powodów nie obśmiewam, bo wiem, że ktoś, kto podejmuje się takich wędrówek – z różańcami, krzyżami lub piórami i szałwią – ma swój ważny powód.

Wędrowanie odbywa się wśród przyrody: wzdłuż rzek, lasami, po górach i dolinach, nad morze,, wśród jezior i łąk. Piszą o tym wspaniale Rebecca Solnit w swojej książce „Zew włóczęgi”, gdzie przygląda się historii wędrowania oraz współistnieniu chodzenia i myślenia. Okazuje się, że takie połączenie, to domena kultur tubylczych, jak i kultury Zachodu.

Jakże pięknie i powodach wędrowania pisze Lugi Nacci w książce „Nie zgubię drogi”! Pisze on: „Są lata zamknięte jak skrzynie, na kłódkę. Są lata, które spędzasz w pokoju, w biurze; albo na szpitalnym łóżku, w celi, w przestrzeni ograniczonej wrogimi ścianami. Czasem to praca zmusza cię do przebywania w zamknięciu, innym razem choroba, twoja albo kogoś bliskiego, czasem potrzeba poświęcenia uwagi tworzonemu dziełu; a może to depresja uniemożliwia ci wyjście na zewnątrz. Jesteś zamknięty w ciemności, która nie znika nawet wtedy, gdy szeroko otworzysz okna. Jesteś w pokoju, ale wydaje się, jakby cię nie było. Zdarzają się takie lata. To właśnie z ciemności rodzi się nieposkromione pragnienie wędrówki. Nie ma ono nic wspólnego z chęcią wyjazdu na wakacje po roku pracy. Ktoś, kto siedzi w środku ciemności, nie potrzebuje wakacji, nie wiedziałby, co z nimi zrobić. Nie potrzebuje plaż, hoteli, domków, zabytkowych starówek, muzeów. Pragnie czegoś więcej. Ktoś, kto tkwi w środku tej szczególnej ciemności, chce tylko jednej rzeczy: wędrówki”.

Ileż razy – tu zwracam się do każdego, kto wędrował lub nadal wędruje – na naszych trasie doświadczyliśmy zachwytu nad otaczającym nas pięknem! Ile razu mieliśmy poczucie zbliżenia do Absolutu / Boga / Stwórcy? Ileż razy zachwycaliśmy się cichym wschodem słońca albo zapierających dech w piersiach zachodem słońca?

Znany z historii Black Elk, lakocki medicine man, a później katolicki kaznodzieja, mówił, że „gdy chodzisz po świętej ziemi, każdy twój krok jest modlitwą” (wspomniany wcześniej Dennis Banks najwyraźniej w tym powiedzeniu miał swą inspirację). Niedawno miałem przyjemność poprowadzić spotkanie w Centrum Kultury i Bibliotece w Suchym Lesie z Iloną Wiśniewską, autorką znanych i docenianych książek o Grenlandii i skandynawskiej Północy. Wtedy, cytując jej „Migot”, gdy wspomina o tym, że pobyt w świecie bezkresnej bieli i ciszy pozwala „czujnie zwracać uwagę na miejsca, w których [natura] się sama otwiera, na ten moment, gdy coś świętego odsłania się przed nami w samym środku szarej codzienności; wtedy pojmujesz, że taka kraina wie, że się tam znalazłaś”, zapytałem ją, czy miała poczucie dotknięcia sacrum. Nie było to sacrum w zwyczajowym rozumieniu ołtarza, czy świątyni, ale takie poczucie, takie uniesienie, taki zachwyt nad przestrzenią i wielkością tego świata. Zachwyt i jednocześnie pokora nad małością człowieka.

Gdy rozpoczynam serię wykładów o ochronie środowiska z różnymi grupami studentów, swą opowieść zaczynam od inspiracji i motywacji zajmowania się sprawami ochrony Ziemi – kultury i duchowości – i pokazuję trzy zdjęcia: biegnących młodych Indian z rezerwatu Standing Rock do Waszyngtonu w intencji ochrony wody w ich rezerwacie, młode biegaczki z południa USA również do Waszyngtonu w intencji ochrony świętych miejsc narodu Apaczów i zdjęcie kobiet Ojibwa pielgrzymujących z wiaderkami z wodą w intencji ochrony zasobów wody nad Wielkimi Jeziorami. Są to tysiące kilometrów przemierzane z modlitwą na ustach i w sercu.

Powołuję się wówczas także na słowa innego lakockiego medicine mana, Arvola Looking Horse’a: „Każde życie jest święte… Kiedy naruszamy świętość życia, źle wpływamy na wszystkie stworzenia”; i na św. Franciszka, gdy woła w Pieśni Słonecznej: „Pochwalony bądź, mój Panie, ze wszystkimi Twymi stworzeniami, nade wszystko z panem bratem Słońcem, bo jest on lampą dnia i nim rozświetlasz naszą drogę […] Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę Wodę, która jest bardzo użyteczna, i pokorna, i czysta”, i inne wersy tej modlitwy.

Mój serdeczny przyjaciel, Marek Nowocień, który w 2008 r. przemierzył – jako jedyny Europejczyk – trasę Najdłuższego Marszu z San Francisco do Waszyngtonu z Indianami wielu plemion, do dziś wspomina, jak Nawahowie zatrzymywali się nad przekraczanymi rzekami, by podziękować Stwórcy za wodę i życie z nią związane.

„Co krok, to modlitwa”. Piękne jest takie wędrowanie po świecie. Piękne są zachwyty nad dziełem stworzenia, które wielokrotnie nam się udzielają. Wierzę, że to doświadczenie zarówno ekstremalnych dróg krzyżowych, pielgrzymek do Częstochowy, Asyżu czy gdziekolwiek indziej, albo biegania dla Ziemi i w intencjach wody. Za dnia i w nocy.

Gdziekolwiek zmierzacie, drodzy wędrowcy, wróćcie szczęśliwie do domu i opowiadajcie o tym, coście przeżyli.

 

 

fot. tytułowa: Jad Limcaco | unsplash.com

 

 

 

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

8 − sześć =