Mam kolegę, Jacka, który mieszka na Alasce. Poważka. Swoje życie w Ameryce zaczął od indiańskiego rezerwatu Blackfeetów w Montanie. A teraz, od trzydziestu lat, mieszka „na dachu świata”, jak o swoim miejscu do życia mówią Alaskańczycy. Czasami rozmawiamy ze sobą za alaskańskiego dnia a polskiej nocy – czasami to są wspomnienia, ale częściej opowieść o Alasce właśnie.

Ostatnio powiedział mi o niezwykłym doświadczeniu: o tym, jak odnalazł stare lotnisko, oddalone od wszelkich miast, które za czasów wojny – jako fałszywe – miało być wabikiem dla potencjalnych najeźdźców odwodzącym ich uwagę od lotnisk prawdziwych. Wojna się skończyła, Ameryka nie została zaatakowana, a takie miejsca pozostały.

Wyobraź sobie – mówił Jacek – teren, na którym dotyka cię poczucie wszechogarniającej ciszy. Idziesz pięć, piętnaście minut, idziesz pół godziny i nic się wokół ciebie nie zmienia. Ten sam krajobraz dookoła, wielki porzucony pas, taki sam las dookoła. I cisza. Tak głęboka, że od czasu do czasu masz wrażenie, że ktoś za tobą podąża, może jakiś człowiek na rowerze, jakiś niedźwiedź lub łoś. I co chwila się rozglądasz i nic nie widzisz. Ale cisza jest niesamowita. I dodał, że takiej ciszy nie uświadczył nigdy dotąd. W Polsce nie ma szans, by coś takiego przeżyć, bo w miastach ciągle jakiś gwar, hałas, trąbienie, krzyki, samochody

Gdy tak słuchałem tej opowieści – akurat jadąc nocą przez ogromny las, co dodatkowo potęgowało wrażenie niesamowitości – uświadomiłem sobie, że cisza w naszych warunkach jest rzeczywiście towarem deficytowym. Ciągle coś słyszymy: jak nie samochody i samoloty, to ludzki gwar, gdzieś tam warczącą piłę na działkach, stukanie w remontowanych mieszkaniach sąsiadów. Jak nie to, to jakąś muzykę dochodzącą z kawiarni albo jakiegoś radia ustawionego przez grillującą rodzinę nad jeziorem. Albo szum motocykli, karetki na sygnale albo „zwykły” miejski gwar. Mało tego, wielu z nas otacza się dźwiękami: muzyką z telefonów, włączonym notorycznie telewizorem.

Jeśli mamy w Polsce świadomość zanikających miejsc całkowitej ciemności i ustanawiamy rezerwaty „ciemnego nieba”, to z miejscami ciszy mamy już kłopot. Poprzez wszechogarniające dźwięki w ogóle nie uświadamiamy sobie wartości ciszy. Nawet ustanawiane przed laty strefy ciszy nad jeziorami stają się fikcją, bo owszem, są wprowadzane zakazy pływania łodziami motorowymi, ale taka strefa nie uchroni miejsca przed głośną muzyką z oddalonego nawet kurortu.

Czy to oznacza, że nie mamy szansy na ciszę? Nooo, nie taką jak na Alasce, ale jakąkolwiek? Mamy. Trzeba tylko chcieć. Może warto – podczas zbliżających się wakacji – spróbować wyznaczyć sobie wyzwanie, taki młodzieżowy challenge, by pobyć przez chwilę w ciszy. Takiej, jak na Alasce nie znajdziemy, to już wiemy, ale może uda się nam znaleźć „choć trochę ciche miejsce”. To może być czasami odległy kąt wielkiego miejskiego parku, może to być głęboka strefa podmiejskiego lasu, skraj pola lub wielkiej łąki. To może być ustronne miejsce nad pobliskim jeziorem. Wystarczy dobrze poszukać. I nawet jeśli nie będzie tam całkowicie cicho, to pierwszymi dźwiękami będzie obdarowywać nas natura: śpiewem ptaków, szumem wiatru przeciskającego się przez liście czy pluskaniem wody rozbijającej się o pobliski brzeg. Ciszę też usłyszymy, gwarantuję. Chciejcie tylko znaleźć takie miejsce…

 

Zdjęcie tytułowe: https://unsplash.com/@hariprasad000

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

trzynaście − 5 =