Choć nie wystawia faktur, każdego dnia pracuje na rzecz mieszkańców – chłodzi ulice, zatrzymuje wodę i oczyszcza powietrze. O tym, jak ekonomiści wyceniają wartość miejskiej zieleni, opowiada dr Anna Bernaciak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Katarzyna Kamyczek: W jaki sposób ekonomiści środowiskowi „wyceniają” elementy przyrody w mieście, takie jak drzewa, parki czy tereny zielone, które na pierwszy rzut oka nie mają wartości rynkowej?

Dr Anna Bernaciak: Kluczowe jest rozróżnienie między drzewem jako obiektem a drzewem jako dostawcą usług ekosystemowych. Nie wyceniamy samego drzewa – nikt nie sprzedaje cienia ani świeżego powietrza na kilogramy. Wyceniamy konkretne, mierzalne funkcje, które ono pełni: oczyszczanie powietrza, retencję wody opadowej, obniżanie temperatury otoczenia, pochłanianie dwutlenku węgla.

W ekonomii środowiska funkcjonuje kilka ugruntowanych metod. W metodzie odtworzeniowej, nazywanej też kompensacyjną, pytamy, ile kosztowałoby zastąpienie utraconego drzewa nowym nasadzeniem o zbliżonych parametrach, wraz z kosztami pielęgnacji potrzebnymi, by osiągnęło ono porównywalne walory funkcjonalne. To podejście, jest podstawą wielu ekspertyz miejskich, gdzie parametrem wyjściowym jest zwykle obwód pnia, a wartość rośnie wraz z gabarytami i kondycją drzewa. W metodzie cen hedonicznych wykorzystujemy z kolei dane z rynku nieruchomości, sprawdzając, o ile wyższa jest cena mieszkań w sąsiedztwie terenów zielonych względem porównywalnych lokalizacji ich pozbawionych. Metoda wyceny warunkowej opiera się na badaniach ankietowych, w których mieszkańcy deklarują, ile byliby skłonni zapłacić za zachowanie danego parku albo jakiej rekompensaty oczekiwaliby za jego utratę. Stosuje się też metodę kosztów podróży, przydatną np. przy wycenie wartości rekreacyjnej terenów zieleni.

W praktyce samorządowej coraz częściej wykorzystuje się również zestandaryzowane narzędzia informatyczne, oparte na bazach danych dendrometrycznych, które automatyzują szacowanie wartości usług ekosystemowych na podstawie parametrów pojedynczych drzew. To podejście łączy precyzję naukową z praktyczną użytecznością dla administracji publicznej, która musi uzasadniać decyzje w kategoriach zrozumiałych dla budżetu.

Czy można dziś precyzyjnie oszacować, ile miasto traci finansowo, gdy rezygnuje z zieleni na rzecz zabudowy i infrastruktury?

Możemy mówić o wiarygodnym rzędzie wielkości, nie o precyzji księgowej. Każda taka wycena jest funkcją przyjętych założeń metodologicznych: zakresu uwzględnionych usług ekosystemowych, horyzontu czasowego, sposobu dyskontowania przyszłych korzyści.

Dobrym przykładem rzędu wielkości jest Warszawa. Organizacje pozarządowe szacowały, że miasto straciło nawet około 2 miliardów złotych w wyniku wycinki około 230 tysięcy drzew w latach 2007–2016. To liczba robiąca wrażenie. Z drugiej strony, badania zlecone przez warszawski samorząd w związku z realizacją miejskiej strategii redukcji emisji wyceniły łączną wartość usług ekosystemowych świadczonych rocznie przez dziewięć milionów drzew rosnących w granicach miasta na około 170 milionów złotych.

Te liczby trzeba traktować jako orientacyjne oszacowania, a nie dokładne wielkości w rozumieniu rachunkowości finansowej, niemniej są wystarczająco solidne metodologicznie, by stanowić realną podstawę decyzji planistycznych, zwłaszcza w ujęciu porównawczym, przy analizie alternatywnych scenariuszy zagospodarowania danego terenu.

Jakie konkretne korzyści ekonomiczne – poza oczywistą poprawą jakości życia – przynoszą miastom usługi ekosystemowe, np. retencja wody czy obniżanie temperatury w upały?

Korzyści te dobrze ilustrują konkretne miasta. W obszarze gospodarki wodnej Nowy Jork oszczędza rocznie około 33,6 miliona dolarów w kosztach infrastruktury kanalizacyjnej dzięki temu, że drzewostan miejski ogranicza spływ powierzchniowy o ponad 3,3 miliona metrów sześciennych wody rocznie. Lizbona, miasto bliższe nam skalą, oszczędza w ten sposób blisko 2 miliony dolarów rocznie.

W obszarze bilansu energetycznego budynków – redukcja temperatury powietrza w strefach zacienionych przez korony drzew, sięgająca kilkunastu stopni Celsjusza, przekłada się na mierzalne obniżenie zapotrzebowania na energię do chłodzenia, a w konsekwencji na redukcję kosztów zarówno prywatnych, jak i systemowych.

W obszarze ekonomii lokalnej badania z zakresu geografii handlu wskazują na wyższe wydatki konsumenckie, nawet rzędu 9–12%, w przestrzeniach handlowych z nasadzeniami drzew w porównaniu do przestrzeni ich pozbawionych, co przekłada się pośrednio na wpływy podatkowe samorządów. Metaanalizy zbiorcze szacują, że każda złotówka zainwestowana w miejską zieleń generuje co najmniej trzykrotny zwrot w postaci sumy powyższych korzyści.

Czy w praktyce samorządów w Polsce rzeczywiście uwzględnia się dziś „wartość ekonomiczną przyrody”, czy nadal dominuje myślenie krótkoterminowe i inwestycyjne?

Odpowiedź jest niejednoznaczna i zależy od tego, czy mówimy o istnieniu takich wycen, czy o ich rzeczywistym wpływie na proces decyzyjny. Kompetencje w zakresie wyceny usług ekosystemowych w Polsce koncentrują się w wąskim gronie ośrodków naukowych, co ogranicza możliwość wykonania rzetelnych, eksperckich wycen. W praktyce tego typu analizy są częściej efektem obowiązków sprawozdawczych, np. wynikających z przyjętych strategii klimatycznych niż punktem wyjścia do planowania inwestycyjnego. Innymi słowy: miasto liczy wartość swoich drzew nie zawsze dlatego, że chce zaplanować przyszłość, ale dlatego, że musi się z czegoś rozliczyć.

Można więc mówić o istotnej luce między dostępnością metodologii, a jej systemowym wykorzystaniem w procesach decyzyjnych samorządów. Cykl polityczny sprzyja projektom o widocznych, krótkoterminowych efektach kosztem inwestycji, których korzyści rozkładają się na dekady i są trudniej dostrzegalne politycznie. Jest to z zresztą zjawiskiem znanym z literatury ekonomii politycznej, nie tylko polską specyfiką.

Czy istnieją dobre przykłady miast (w Polsce lub Europie), które skutecznie włączyły ekonomię środowiskową do planowania przestrzennego i dzięki temu realnie oszczędzają pieniądze?

Modelowym przykładem systemowego podejścia jest Kopenhaga i jej Plan Zarządzania Nawalnymi Deszczami, przyjęty po katastrofalnej powodzi miejskiej z 2011 roku, wywołanej tzw. deszczem stulecia. Miasto przeprowadziło formalną analizę porównawczą kosztów i korzyści dwóch scenariuszy: tradycyjnej infrastruktury „szarej” – rozbudowy systemu kanalizacyjnego oraz infrastruktury błękitno-zielonej – parków pełniących funkcję czasowych zbiorników retencyjnych, ulic projektowanych pod kątem kierowania spływu wody, jezior działających jako bufory. Wyniki jednoznacznie wskazały wyższą efektywność kosztową rozwiązania łączonego: szacunki mówią o oszczędnościach rzędu około 200 milionów dolarów w porównaniu do wariantu czysto konwencjonalnego, przy obniżeniu kosztów inwestycyjnych i utrzymaniowych nawet o trzy czwarte.

W polskich realiach trudno wskazać przykład o porównywalnej skali systemowego wdrożenia. Wprawdzie Warszawa zaczyna traktować swój drzewostan jako trwały majątek miasta, a nie tylko element estetyczny, a miasto, w którym mieszkam na co dzień, podpoznański Luboń, posiada podobną analizę w odniesieniu do drzew na terenach miejskich, co jest efektem żmudnej pracy miejskiej ogrodnik. To dobre zwiastuny, choć wciąż bardziej analityczne niż w pełni operacyjne, jeśli porównać je z kopenhaskim modelem planowania inwestycyjnego opartego na wycenie ekonomicznej.

fot. Aimable Mugabo | unsplash.com

Czy istnieje ryzyko, że sprowadzenie przyrody do kategorii „opłacalności” może prowadzić do jej dalszej instrumentalizacji, zamiast realnej ochrony?

To ryzyko jest przedmiotem realnej debaty metodologicznej w ekonomii środowiska i nie należy go bagatelizować. Podstawowa obawa dotyczy tzw. pułapki komodyfikacji: jeśli argumentacja za ochroną danego zasobu przyrodniczego opiera się wyłącznie na jego wycenie pieniężnej, to w momencie pojawienia się tańszej alternatywy technologicznej, ten sam rachunek ekonomiczny, który miał chronić zasób, może zostać użyty na jego niekorzyść.

Istotne jest też to, że wycena monetarna z definicji pomija kategorie wartości trudno kwantyfikowalnych, jak wartość istnienia, różnorodności biologicznej samej w sobie, znaczenie kulturowe czy estetyczne. Dlatego w literaturze przedmiotu podkreśla się, że wycena ekonomiczna usług ekosystemowych powinna pełnić funkcję instrumentalną – jako narzędzie komunikacji z decydentami operującymi w logice budżetowej – a nie funkcję wyczerpującego uzasadnienia dla ochrony przyrody. Liczby otwierają drzwi do gabinetu decydenta, ale to, co się za nimi mówi dalej, nie powinno się do tych liczb ograniczać. Traktowanie wyceny ekonomicznej jako jedynego języka opisu wartości przyrody niesie realne ryzyko redukcjonizmu, przed którym środowisko naukowe wielokrotnie przestrzega.

 

 

zdjęcie tytułowe: Włodzimierz Jaworski | unsplash.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

3 × 4 =