Puszcza nie jest już miejscem pracy ani codziennego życia — stała się dekoracją dla naszej rekreacji. Dlaczego natura przegrywa z polityką, co przeraża go w Puszczy Kampinoskiej i dlaczego aktywiści są zostawieni sami sobie, opowiada autor książek o przyrodzie i krajobrazie Adam Robiński.
Katarzyna Kamyczek: Dawno, dawno temu do lasu ludzie chodzili po szyszki, jagody, patyki. Teraz, by pobiegać.
Adam Robiński: Puszcza Kampinoska była karmicielką społeczności. Wewnątrz Kampinosu znajdowały się wsie, w których gospodarzyli ludzie. I dalej kilka tych wsi istnieje, ale są już tylko echem dawnego osadnictwa. Warszawa wyssała ludzi z lasu i rzeczywiście przemodelowała funkcję puszczy. To się dzieje nie tylko z Kampinosem. W ten sposób zmieniamy podejście do wielu krajobrazów. Odzieramy je z fizyczności, nadając im nowe, wyimaginowane znaczenia i funkcje.
To znaczy?
Stają się fantazmatami. Rzeczywistość musi się dopasować do naszych wyobrażeń. Oczywiście nie mówię, że dla wszystkich wygląda to tak samo. Ale generalnie oczekujemy od puszczy, że będzie tłem dla naszych spacerów i rekreacji. Ochrona przyrody, czyli forma parku narodowego — moim zdaniem to najlepszy wynalazek ludzkości — wymusza to, że już tych szyszek czy grzybów nie powinniśmy zbierać, chociaż oczywiście to się czasami dzieje.
Napisałeś o Puszczy Kampinoskiej książkę, czyli twoja relacja z nią jest bliska?
Budowała się stopniowo. Moja pierwsza styczność z Kampinosem to scena, którą opisałem w książce – jestem dzieckiem, jedziemy z rodzicami z Warszawy w stronę Łomianek, na szosę wychodzi łoś. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem ten toponim – Kampinoska. W liceum i na studiach puszcza była dla mnie raczej „miejscem zastępczym” — chodziłem tam, gdy nie mogłem wyjechać dalej, traktując ją jak rozgrzewkę przed większymi wyprawami. Dopiero w dorosłości zacząłem patrzeć na nią inaczej i naprawdę ją dostrzegać.
Puszcza to cisza?
Przyroda wcale nie jest ciszą — jest pełna dźwięków, tylko czasem ich nie słyszymy. Wszystko zależy od tego, na co się nastawisz i co do siebie dopuszczasz. Ja, jak większość współczesnych ludzi, jestem zwykle przebodźcowany i potrzebuję wyciszenia. Pracuję jako pisarz, więc dużo czasu spędzam we własnej głowie. Te myśli też potrzebuję czasem wyciszyć, jak dzwonek telefonu.
Jak?
Byłem kiedyś w puszczy z grupą przyjaciół i użyłem detektora heterodynowego, który zamienia ultradźwięki w dźwięki słyszalne dla człowieka. Dzięki temu mogliśmy usłyszeć echolokację nietoperzy. Okazało się, że polana w lesie wcale nie jest cicha — jest pełna „krzyków”, którymi nietoperze nawigują i polują. To doświadczenie zmienia perspektywę: przyroda jest bardzo głośna, tylko zwykle tego nie słyszymy. Takie momenty przynoszą ukojenie i zachwyt.
Zgubiłeś się kiedyś w puszczy?
Zgubienie się w Polsce jest dziś w dużej mierze umowne. Jeśli chcesz, możesz się „zgubić”, ale zwykle w krótkim czasie trafisz na drogę czy punkt odniesienia — dotyczy to właściwie każdego kompleksu leśnego w Polsce. Pisałem kiedyś w „Hajstrach”, że polski krajobraz można przeżywać jak coś egzotycznego, ale pod warunkiem, że się z samym sobą na to umówisz. To, czy się „gubisz”, zależy więc bardziej od nastawienia niż od samej przestrzeni — krajobraz jest też tym, jak go interpretujemy.
Są miejsca w puszczy, które cię przerażają?
Przeraża mnie wschodnia część puszczy w weekend. Kiedy widzę tłum ludzi i samochodów, rowerzystów jadących na złamanie karku, nie patrzących na pieszych i wjeżdżających na wydmy poza szlakiem. Tak samo jak puszcza jesienią, kiedy staje się celem grzybiarzy i przy każdym wylocie leśnej drogi stoi samochód. Wtedy po prostu nie jeżdżę do puszczy.
To park narodowy — nie wolno tam zbierać grzybów.
W Puszczy Kampinoskiej, jak i w każdym parku narodowym, skuteczność przepisów z zakresu ochrony przyrody zależy przede wszystkim od nastawienia turystów. Dziesięciu strażników leśnych, którzy każdego roku wystawiają raptem kilkanaście mandatów, nie jest w stanie wpływać na te postawy. Poza tym puszcze są tak naprawdę dwie, a oddziela je droga południkowo dzieląca las na pół: wschodnia część, bliżej Warszawy, jest silnie użytkowana i zadeptywana, więc ochrona przyrody jest w dużej mierze umowna. Nie da się jej wyegzekwować. Co innego na zachód od Roztoki – trudniej tam dojechać, trudniej zbudować pieszą pętlę, trzeba na to wszystko poświęcić o wiele więcej czasu. W efekcie jeździ tam mniej ludzi, więc przyroda ma jako taki spokój.
To pokazuje, że skuteczność ochrony zależy od presji ludzi — im mniej antropopresji, tym ochrona przyrody jest skuteczniejsza. Wschodnia część trochę „przegrywa” z bliskością Warszawy, gdzie miliony ludzi naturalnie korzystają z lasu.
Jakie widzisz rozwiązanie?
Ja nie jestem od szukania rozwiązań, nie działam w systemie ochrony przyrody, po prostu piszę książki. Mogę co najwyżej próbować uświadamiać społeczeństwu, że park narodowy czy rezerwat powołuje się nie dla ludzi, ale dla innych organizmów. To, że człowiek czasem korzysta z tego obszaru, jest wartością dodaną, ale nie niezbędną. To przyroda i jej dobrostan ma być na pierwszym planie. Na rowerze możemy pościgać się w innym lesie. A jeśli zależy nam koniecznie na wycieczce do parku narodowego, to należy przestrzegać jego regulaminu. Idąc do muzeum, nie stukamy w obrazy i nie wchodzimy do magazynu na zapleczu. Tak samo w parku narodowym nie powinniśmy schodzić ze szlaku.

Przecież są pracownicy parków, powinny być szkolne wycieczki, centra edukacyjne.
Jasne, tylko że parki narodowe są jednymi z najgorzej finansowanych instytucji publicznych w Polsce. Pracują tam specjaliści, często pasjonaci, od których oczekuje się bardzo dużo, nie dając im jednak właściwych narzędzi do pracy.
Pracownicy parków narodowych nie strajkują.
Ilu jest ich? Łącznie może tysiąc? Myślę, że ochrona przyrody — nie tylko dla państwa polskiego — jest kulą u nogi. Jest kosztem i koniecznością.
Chodzi o pieniądze?
Zwróć uwagę, że kiedy powstaje nowy rząd i odbywają się rozmowy koalicyjne, nikt nie bije się o Ministerstwo Klimatu Środowiska. Wymowne jest też to, że nawet w nazwie ono nie ma ochrony. Zwykle dostaje się je komuś na zasadzie: „Dobra, zostało to, to weźcie”. Dlaczego? Bo tam trudno o spektakularne sukcesy. Z punktu widzenia gospodarki eksploatacyjnej ochrona przyrody jest kosztem i problemem. To ciągłe mówienie: „nie wolno wybudować tutaj domu”, „nie wolno wjeżdżać samochodem”. Ludzie nie chcą słyszeć o zakazach. Powoływanie nowych form ochrony przyrody bardzo często oznacza konflikt z samymi instytucjami państwa.
Moja znajoma z Beskidu Niskiego opowiadała ostatnio o próbach powołania nowego rezerwatu. Trzeba było przeprowadzić konsultacje społeczne i urzędniczka z gminy pisała do mieszkańców: „Może warto na wszelki wypadek zaprotestować”. To bardzo dużo mówi o naszym stosunku do ochrony przyrody. Nawet jeśli trafia się minister środowiska, który rzeczywiście wierzy w sens swojej pracy, to samorządy są przeciw. Dla nich ochrona przyrody oznacza ograniczenia, zakazy i potencjalne niezadowolenie mieszkańców.
Między innymi dlatego od 25 lat nie powstał w Polsce żaden nowy park narodowy. Była szansa w zeszłym roku, ale prezydent zawetował ustawę dotyczącą parku w Dolinie Dolnej Odry. Mimo że lokalne samorządy i mieszkańcy tego chcieli. Społeczeństwo chciało parku narodowego, ale demokratycznie wybrany przedstawiciel władzy powiedział „ja wiem lepiej”.
Może potrzeba zmiany pokoleniowej?
Żyjemy w bańkach informacyjnych, wydaje nam się, że wszyscy myślą podobnie do nas. Tymczasem nawet osoby fascynujące się przyrodą nie tworzą jednorodnej grupy. Bywałem na wycieczkach birdwatcherów i widziałem zachowania bardzo nieodpowiedzialne. Ludzi wchodzących ptakom na głowy tylko po to, żeby zrobić dobre zdjęcie. Ochrona przyrody wymaga zarówno inicjatywy oddolnej, jak i wsparcia odgórnego. Tymczasem w Polsce opiera się głównie na aktywistach i edukatorach. To ludzie, którzy robią to z potrzeby serca, często kosztem własnego życia.
A jednocześnie…
… nie mają wsparcia państwa! Zwykle muszą walczyć z instytucjami, które powinny ich wspierać. Państwo zupełnie abdykowało z obowiązku ochrony przyrody. Wie, że gdzieś znajdzie się Kowalski, który pojedzie ratować rannego bobra, więc urzędnik już nie musi. Na studiach uczono mnie, że media to czwarta władza, która patrzy trzem pozostałym – ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej – na ręce. Mam wrażenie, że w Polsce czwartą władzą są też aktywiści przyrodniczy, którzy co rusz zmuszeni są przez własne sumienie podejmować interwencje przeciwko działalności któregoś z filarów władzy. Bo to instytucje państwowe wydają zgody na odstrzały czy niszczenie siedlisk gatunków, które jako społeczeństwo postanowiliśmy chronić. Anonimowy obywatel wykonuje pracę państwa, jednocześnie walcząc z nim.
Nadzieja w nowym pokoleniu?
Kapitalizm bardzo szybko kupuje sobie nowych stronników. Zysk tu i teraz jest atrakcyjniejszą ofertą niż mówienie o bezpiecznym jutrze. Aktywiści i ludzie zaangażowani w ochronę przyrody są mniejszością. Tymczasem my tym ludziom powinniśmy stawiać pomniki. I jeszcze finansować im terapię, bo często wychodzą z tej walki straumatyzowani. Licealistka, którą zwyzywa pijany myśliwy z bronią, szybko będzie potrzebowała pomocy psychologicznej. Znam wiele osób, którym rozpadło się życie prywatne przez działalność aktywistyczną. Ludzie po latach walki z instytucjami są po prostu wyżęci jak gąbka. I wtedy zostają z tym sami.
Jak reagujesz na argumenty, że zmiany klimatu to ściema?
Może to cię zdziwi, ale nie spotykam się z takimi głosami. Może dlatego, że nie uczestniczę w internetowych dyskusjach. Nie jestem też aktywistą.

Walczysz piórem.
Piszę książki, czasami pracuję też jako dziennikarz. Doszedłem do wniosku, że w tym widzę sens i skuteczność. Oczywiście nie uratuję książką konkretnego wilka zabitego przez kłusownika. Ale być może swoim pisaniem jestem w stanie długofalowo wpływać na postawy. Po wydaniu „Pałaców na wodzie”, reportażu o bobrach, dostałem mail od urzędnika z Dolnego Śląska, który napisał mi, że ta książka uświadomiła mu wiele rzeczy. Rebecca Solnit napisała kiedyś, że pisanie książki jest jak rozsiewanie ziarna. Nigdy nie wiesz, gdzie ono spadnie i co z niego wyrośnie. Leci niesione wiatrem i czasem przynosi plon.
Dlaczego nie działasz bardziej w mediach społecznościowych?
Bo spaliłbym się po tygodniu. Media społecznościowe — czy raczej media atencyjne — są stworzone po to, żeby wyciągać z nas najgorsze emocje. Oczywiście czasem dzieje się tam coś dobrego. Bywa, że dzięki nim udaje się pomóc ludziom czy zebrać pieniądze na ważne cele. Ale generalnie to piekiełko, w którym nie chcę uczestniczyć. Jestem dzieckiem analogowego dzieciństwa — lat 80. i 90. — ale w dorosłość wchodziłem już w świecie cyfrowym. Jestem jednym z niewielu pokoleń, które potrafią odnaleźć się w obu tych światach. W każdym czują się dobrze. Bo ja uważam, że internet jest świetnym narzędziem. W internecie jest pełno wspaniałych miejsc i zjawisk. Ale trzeba korzystać z niego na własnych warunkach, a nie cudzych.
Adam Robiński (ur. 1982) – dziennikarz i redaktor związany m.in. z miesięcznikiem „Pismo” i „Tygodnikiem Powszechnym”. Autor książek, w tym reportaży „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg”, „Kiczery. Podróż przez Bieszczady”, „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów” i „Puszcza domowa”. Co kryje Kampinos, a także powieści dla dzieci „Wodyseja”. Otrzymał kilka nagród oraz nominacji do nagród literackich i podróżniczych, a także stypendia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, m.st. Warszawy oraz szwajcarskiej Fondation Jan Michalski. Zajmuje się pisaniem o przyrodzie oraz wszystkim, co dzieje się na styku natury i sztuki. Mieszka w Warszawie, krąży po całej Polsce. Jest certyfikowanym przewodnikiem po Kampinoskim Parku Narodowym. W czerwcu wyjdzie jego najnowsza książka, nad którą pracował 6 lat: „Faronauci. Dookoła Bałtyku”, wyd. Czarne, 2026.





