
Majówka była pierwszą okazją do masowych wyjazdów wypoczynkowych – po Polsce i za granicę. Kolejną, w minionym tygodniu, był czas egzaminów klas ósmych szkół podstawowych, które obfitują dniami wolnymi od nauki tych, którzy nie są klasami ósmymi. I zaczyna się wędrowanie, i zaczynają się odwieczne problemy z tym, jak się – jako ludzie – zachowujemy w miejscach, które odwiedzamy.
Są dwa typy podróżujących. Pierwszy wraca z wyjazdu z magnesem na lodówkę, tysiącami zdjęć w komórce i wspomnieniami. Drugi zostawia po sobie śmieci, rozjechane wydmy i przekonanie, że skoro zapłacił za nocleg, kupił również prawo do robienia co mu tylko się spodoba.
Jest coś osobliwego w tym, jak zmieniamy się podczas wyjazdów. Jeśli na co dzień segregujemy odpady (no, bez przesady, ale jednak), jeśli zwracamy uwagę na hałas po 22.00 (nic tak nie wkurza jak nie nasza impreza), nie depczemy sąsiadowi rabatek, to na wyjeździe wstępuje w nas nasze drugie „ja”. Pakujemy walizkę, zakładamy okulary przeciwsłoneczne i część tych zasad nagle gdzieś znika. Jakby bilet na weekend nad jeziorem albo tydzień w górach był jednocześnie przepustką do chwilowego zawieszenia dobrych obyczajów.
I zapominamy, że w trakcie takich wyjazdów stajemy się gośćmi. A przecież nawet dziecko wie, że kiedy idzie się do kogoś w gości, obowiązują pewne zasady. Nie zagląda się do wszystkich szafek. Nie krzyczy o świcie. Nie zostawia po sobie bałaganu. I nie zabiera „na pamiątkę” elementów domu gospodarza.
Pojęcie „gość” kojarzy nam się z imieninami, urodzinami, jakimś weselem i innymi podobnymi okolicznościami. Ale gośćmi jesteśmy także w lesie. Nad morzem. Na górskim szlaku. W małej miejscowości, która przez większość roku żyje własnym rytmem, a wiosną czy latem nagle przyjmuje tysiące przyjezdnych.
Dobry gość rozumie, że nie wszystko zostało stworzone dla jego wygody. Wydma nie jest miejscem do skracania drogi tylko dlatego, że łatwiej i szybciej będzie można dojść do plaży. Cichy las nie oczekuje naszego „bum-bum-bum” z głośników Bluetootha. Ptaki w czasie okresu lęgowego nie są aktorami teatralnymi lub kinowymi, które łapie się i prosi o autograf. Mało tego, one w ogóle nie interesują się nami i tego samego oczekują od nas. No bo wyobraźcie sobie, że ktoś zagląda nam przez okna do domu i żywo interesuje się tym co jemy, jak wypoczywamy i jak wyglądają nasze meble.
Tego samego – szacunku dla prywatności – oczekują ludzcy mieszkańcy odwiedzanych miejscowości. Wielu z nich, owszem, korzysta finansowo na turystyce, ale czasami bywa i tak, że większość nie, i dla nich ich miasteczko jest „zwykłym miejscem zamieszkania” – ze wszystkimi potrzebami: niezabrudzonymi miejscami do robienia zakupów, łatwym dojazdem do pracy, czasem ciszy i odpoczynku po.
Paradoks tego czasu polega na tym, że najpiękniejszych miejsc szukamy właśnie dlatego, że są wyjątkowe: dzikie, spokojne, autentyczne. Chcemy czystych jezior, pustych szlaków, lasów pachnących żywicą i małych miasteczek z „własnym charakterem”. Tyle że jeśli każdy z nas zachowa się tak, jakby był właścicielem miejsca, szybko przestanie ono być tym, po co przyjechaliśmy.
Pokora w podróżowaniu nie brzmi szczególnie modnie. Kojarzy się raczej z ograniczeniem niż przyjemnością. A może jednak dzięki niej widzi się więcej. Kiedy zwalniamy, zamiast zaliczać kolejne punkty na mapie, można zobaczyć to, co „na trasie” – wielokrotnie ciekawsze niż zapchane punkty docelowe; natrafiamy – i doceniamy! – lokalny targ, mamy okazję porozmawiać z mieszkańcami, którzy pokażą nam nie te najbardziej popularne, ale te najpiękniejsze miejsca, gdzie można zobaczyć więcej i zjeść lepiej?
Bo być dobrym gościem nie oznacza rezygnować z wakacji. Oznacza zostawić po sobie miejsce takim, jakie zastaliśmy; zabierać wspomnienia zamiast fragmentów przyrody; szanować zasady, nawet jeśli nikt nie patrzy. Bo wydmy nie są schodami, nawet jeśli byłoby ładne zdjęcie na Instagramie. Bo cisza też jest dobrem wspólnym – i dla przurody, i dla mieszkańców. Bo w końcu „tylko jeden kwiatek” zabrany z lasu przez tysiące osób przestaje być jednym kwiatkiem (muszelką, bursztynem).
Dobrego gościa pamięta się nie dlatego, że było go wszędzie dużo i głośno, ale dlatego, że po jego wyjeździe tamten dom pozostał domem. Może i dla nas na kolejne lata?
Zdjęcie tytułowe: https://unsplash.com/@chenhanozel





