Jeszcze w ubiegłym roku, w grudniu, znany prawnik Marcin Matczak, napisał głośny felieton w „Gazecie Wyborczej”, w którym przestrzegał przed niebezpieczeństwami krytyki wiary.
Tłumaczył to akurat na przykładzie Kościoła katolickiego i wskazywał, że można odnosić się z niechęcią do Kościoła – jak to pisze – często z uzasadnionych powodów – ale nie wolno ignorować faktu, że ludzie potrzebują sacrum. A jeśli nie otrzymają go w dojrzałej formie, sięgną po jego karykaturę. Odwoływał się akurat do przykładów ze świata polityki wskazując na tych polityków, którzy uzurpują sobie prawo do reprezentowania idei katolickich i jednocześnie je deprawując, i do tego, że radykalizm ataku na wiarę buduje takich właśnie, wątpliwej jakości jej obrońców.
Ale nie o polityce chcę pisać, a o idei obrony świętości. Świętości – nie zamkniętej do ram wiary katolickiej – która ma znaczenie dla wielu ludzi, dla wielu jest jedynym niekiedy odniesieniem w życiu; jedyną podstawą do formowania siebie jako lepszego człowieka.
To, co napisał wówczas Marcin Matczak, trzeba odczytać jako głos w obronie nie tyle konkretnej instytucji, ile pewnej symboliki. Nie chodziło wyłącznie o Kościół katolicki ani nawet o doktrynę. Chodziło o coś bardziej elementarnego: o ludzką potrzebę sacrum. Właśnie ten element bywa dziś najczęściej niezrozumiany.
Nowoczesność nauczyła nas, że krytyka jest narzędziem wolności. I słusznie. Dzięki krytyce jesteśmy w stanie korygować swoje błędy, poprawiać swoje działanie. Krytykujemy władzę, instytucje, postaci publiczne – w imię przejrzystości, sprawiedliwości, racjonalności. I bardzo dobrze. Społeczeństwo bez krytyki zamienia się w skostniałą skorupę, która z czasem zamienia się karykaturę żywej społeczności pielęgnujących swe tradycje.
Ale istnieje cienka granica między krytyką a ośmieszaniem. Kiedy krytyka przestaje być projekcją konkretnych nieprawidłowości, a zaczyna uderzać w źródło jakiejkolwiek tożsamości, to przestaje być narzędziem naprawy, a staje się, jeśli nawet nie narzędziem represji, to próbą unieważniania innych świętych podstaw. Bo wspólnota nie istnieje wyłącznie dzięki ustaleniom i prawom, ale również dlatego, że ma wspólne znaczenia i wartości. Jednym z nich jest sacrum. A sacrum – niezależnie od tego, czy przyjmuje formę religijną, szerzej duchową, czy etyczną – pełni funkcję kształtującą tę wspólnotę.
Powiedzmy szczerze, że krytyka kapłanów czy szamanów powołujących się na to sacrum – którzy jemu zaprzeczają, podważają je i sprzeniewierzają – jest czymś naturalnym, uprawnionym i usprawiedliwionym. Problem zaczyna się wtedy, gdy krytyka przestaje rozróżniać między krytyką ludzi, a ośmieszaniem istoty duchowości. Gdy zawodzi wspólnota nie musi to być wina sacrum, a jedynie ludzi. Człowiek nie przestaje potrzebować tego wymiaru tylko dlatego, że ktoś ogłosił go anachronicznym.
Jeśli próbujemy wymazać sacrum, jej miejsce zajmą dziwaczne ideologie, niebezpieczne protezy powołujące się na „prawdziwe inne sacrum”.
Dlaczego piszę o tym na łamach portalu, który nie portalem religijnym? (Na marginesie: owszem, powołujemy się na idee franciszkańskie, ale nie zamykamy się na żadną inną duchowość, która określa pozytywne scenariusze dla przyszłości i nadziei, ale jesteśmy przede wszystkim portalem promującym kulturę rozmowy o różnych ideach, również pozareligijnymi, jesteśmy portalem promującym dobre rozwiązania dla ekologii odwołujące się do różnych wartości). Ale piszę o tym dlatego, bo wiem, że duchowość – właśnie rozumiana bardzo szeroko – może być ważną inspiracją dla pozytywnych postaw, dla zaangażowania na rzecz Ziemi; że wielu ludzi angażuje się w sprawy ochrony środowiska właśnie dlatego, że inspirują się wiarą, duchowością, etyką i wartościami kultury, które od wieków powstawały jako inspiracje pięknem natury. To są wartości i relacje nierozerwalne.
Solidarność, kształtująca społeczności, nie polega na jednomyślności. Polega na różnorodności, ale też uznaniu, że istnieją obszary wrażliwości, które należy traktować z niezwykłą ostrożnością i czułością. Wolność słowa nie jest wolnością od konsekwencji społecznych. Słowo bowiem potrafi budować, ale potrafi i niszczyć. Kształtowa, ale jednocześnie dewastować – relacje i środowisko.
Największym zagrożeniem dla trwałości społeczeństw nie jest duchowość jako taka, lecz regularne jej ośmieszanie. Bo człowiek, którego świętość została publicznie zdeptana, staje w jej obronie. Owszem, są i tacy, którzy w imię religii atakują innych – ale akurat o tym problemie opowiem w kolejnym odcinku Zielonego Pokoju.
Jeśli chcemy być wspólnotą zdolną do dialogu i kształtowania dobrych przyszłościowych scenariuszy, to musimy nauczyć się odróżniać krytykę instytucji od destrukcji idei. A idei budujących jest coraz mniej. Jakie dziś jesteśmy w stanie wskazać jako te, wokół których jednoczą się ludzie? Dlaczego zapadła taka cisza?
Musimy przyjąć, że jeśli niczego nie uznajemy za święte, a więc za ważne, to wszystko jest ambiwalentne i na sprzedaż. Również jeziora, rzeki, lasy.
Fotografia tytułowa: Greg Rakozy | unsplash.com





