
Dzisiejsza dymisja wiceministra klimatu i środowiska, Mikołaja Dorożały, spotkała się z wieloma emocjonalnymi reakcjami. I wszystkie one pokazują dość dobrze pewną polską przypadłość – że jest niezwykle trudno zachować klasę w debacie publicznej; że brakuje w niej szacunku dla innych ludzi; że częstokroć nad sprawy kompromisu przedkładamy swoje interesy i że jakość tej debaty pozostawia wiele do życzenia.
Mikołaj Dorożała właściwie od początku był na celowniku myśliwych i leśników, którzy twierdzili, że tenże ich nie lubi (na marginesie: prywatnie dziwię się, że leśnicy tak ochoczo stają w jednym szeregu z myśliwymi, bo mam wrażenie, że jednak leśnicy mają lepszą opinię niż myśliwi). Ten dziwaczny sojusz powstał dlatego, że obie strony uznały, że Dorożała im zagraża – tak samo każdemu z nich. To pewnie dobry temat na inny felieton albo w ogóle na odrębny dłuższy tekst o jakości polskiego leśnictwa i łowiectwa, ale w mojej ocenie problem polegał na tym, że od samego początku i Dorożała, i ludzie mu sprzyjający, mając nadzieję na nową jakość dialogu, natrafili na dość wysoki wrogi mur i w efekcie srodze się zawiedli.
On sam w jednym z pożegnalnych tekstów napisał, że „Rozpoczynałem z nadzieją na wypracowanie porozumienia z myśliwymi. Niezależnie od tego, czy mówiliśmy o zdjęciu kilku gatunków ptaków z listy łownej, polowaniach w otulinach parków narodowych, czy sprawie tak oczywistej jak badania lekarskie dla ludzi, którzy mogą strzelać 150 metrów od Twojego domu, słyszałem jedno. Nie”. To dotyczy myśliwych. Nie słyszałem podobnie cierpkich słów rozczarowania pod adresem leśników.
Znam pracowników Lasów Państwowych – że tak to enigmatycznie ujmę – którzy w prywatnych rozmowach przyznawali, że z wejściem Mikołaja Dorożały do resortu klimatu i środowiska wiązali nadzieję, na lepszy „nowy początek”. Szybko tę nadzieję stracili widząc, że „starzy” nie garną się do rozmowy o nowych wyzwaniach dla leśnictwa.
I dziś, w dniu dymisji wiceministra, wiele środowisk leśniczych nie kryje radości z jego odejścia, ale żadne z tych komentarzy, które przeczytałem, nie wykraczają poza kulturę wypowiedzi, choć do delikatnych nie należą.
Co innego myśliwi: tu radość jest głośna i wyrażana dość dosadnymi, że tak to ujmę, okrzykami, których nie da się zacytować dbając o wrażliwość czytelników naszego portalu. Za jedyną ilustrację niech posłuży grafika AI, którą opublikowała jedna z polityczek, na której występuje ona sama przebrana w strój przypominający kanadyjskich traperów, dmuchająca w dymiącą dwururkę, stojąca przy tablicy z napisem „Polowanie na myśliwych i leśników. Koniec”. Dokładnie w tej kolejności i z bardzo czytelną sugestią: ”Odstrzelony”. Tak nie wygląda żaden dobry dialog. To jest presja i agresja. I lekceważenie.
Należę do tych ludzi, którzy uważają, że rozmowa i dialog to najlepsze metody poznawania racji drugiej strony. Bez tego nigdy nie poznamy tego, co z sercu siedzi tym „drugim”, i co tworzy blokadę na rozmowę z „moją stroną”. Tu się zdziwicie: rozmawiam też z myśliwymi, co bardzo sobie cenię.
Ochrona środowiska to jedno wielkie pole dialogu i laboratorium wypracowywania kompromisów. To pole obrony twardych racji dla ekologii, żmudnego tłumaczenia potrzeb proekologicznych, ale i ciężka dla wielu ekologów świadomość, że są sprawy, które „nie przejdą”, albo że wymagają dłuższych korekt i dłuższych zabiegów.
Przypadek Mikołaja Dorożały, również całej debaty wokół jego pracy i obecnie jego odejścia, to dobre studium przypadku o tym, co jest dobre w debacie publicznej: szacunek dla przeciwnika, konsekwencja, jakość argumentów i życzliwość dla ludzi. To zawsze przynosi dobre efekty dla przyrody.
fot. tytułowa: https://www.shutterstock.com/g/grstocks





