Powszechna definicja radości obejmuje cieszenie się z wielości, nadmiaru, kolorytu, świeżości, dla wielu – radosnego zgiełku, a także lekkości. Nic z tego nie ma w sobie zima. A w tym roku trafiła nam się klasyczna: prawie jednokolorowa biała, cicha łamana monotonnym świstem pędzącego wiatru. Zima nie ma nic w sobie z nadmiaru, przesytu kolorów i nie ma radosnego zgiełku. Ptaki, które w u nas na zimę zostały, niespecjalnie mają ochotę do radosnych pogawędek, a i te, które do nas zalatują ze Skandynawii też do rozmownych nie należą. I gdzie tu szukać radości?
Zima uczy innych radości. Uczy radości z ciszy, z monotonii, które nie rozpraszają myśli, a pozwalają na skupienie. Uczy też radości z dostrzeżonego najmniejszego ruchu na tle białego tła: a to zając, jakiś perkoz, a może sarna… Uczy radości z każdego dźwięku, który jednak gdzieś tam się wydarzy.
Śnieżna zima uwypukla ślady. Saren, dzików, kaczek. Stawia pytania: kto to? Co tu robił? Czy był tu dawno? I czy może ją czy jego spotkam? Śnieg zamienia ziemię trochę w zeszyt, trochę w pamiętnik, trochę w żywą księgę przyrody. Wystarczy zwolnić, by je odczytać. Nie według słowników i atlasów, ale według swego namysłu i interpretacji. Skupia wzrok na odkrytym wśród drzew i sitowia gnieździe remiza, trzciniaka…
Zatrzymuje w nasłuchu pękającego jeziora i delikatnego plusku wody płynącej spod zamarzniętej kry. Czasami można w tej ciszy usłyszeć gwałtowne zawołanie jakiegoś wystraszonego ptaka, czasami dźwięk stękającego drzewa…
Jeśli jest mróz, a w tym roku było go trochę, mamy szansę obejrzeć z bliska kształty lodowych drobinek i płatków śniegowych. Doświadczamy ich kruchości – nie możemy ich wsadzić do kieszeni i zanieść do domu, ale możemy dokładnie im się przyjrzeć, może narysować, a na pewno sfotografować.
Inne jest światło. Takie czasami nikłe, czasami o innej barwie. Słońce zimą rzuca inne niż latem długie cienie i też nie ma go za wiele. Czasami, gdy jest pogodnie, ma taką niebieskawą barwę… A może tylko mi się tak wydaje?
Radość nie przychodzi zimą z nadmiaru, ale z prostoty i oszczędności. Barw, dźwięków i zapachów. Ale zima uczy, że tak jak letni trawnik to nie tylko trawa, a przebogate życie, tak biel niej jest jednostajna i nie jest pustką, lecz przestrzenią, na której widać dalej.
Zima przypomina mi, że radość nie musi być błyskotliwa, a właśnie spokojna i cicha.
Nie uwierzycie, ale moja przygoda z przyrodą zaczęła się właśnie pośrodku mroźnej zimy, gdy podczas spaceru wokół jeziora zastanawiałem się z kuzynostwem nad tym dlaczego zima łamią się trzciny, które przecież latem prężą się nad wodą; dlaczego rybacy robią w tafli lodu przeręble; gdzie są te wszystkie ptaki, które latem dosłownie nadzierają się nad głowami? Byliśmy mali, mieliśmy wówczas 12 lat, dlatego pojawiały się tak naiwne pytania. Ale naiwne pytania ciągnęły nas do poważnych odpowiedzi. I zachwycaliśmy się wcześniej zapadającym zmrokiem, zapachem zmrożonego jeziora i refleksami świetlnymi płynącego na nocleg słońca.
Zima w tym roku bezpowrotnie już odchodzi i jeśli zatrzyma się tu lub ówdzie, to na chwilę. Ale póki jest czas, przypomnijmy sobie, że radość może wynikać z najprostszych gestów, ciszy i szybko znikającego pod kołdrą ciemności piękna.





