Nie będzie to opowieść o polityce, choć od niej zaczynam, ale o obecności ekologii w przestrzeni publicznej. Niedawne referendum krakowskie idealnie nadaje się do tego, by zastanowić się nad pewną tendencją.

Ubolewam nad tym, że w katalogu zarzutów przeciwko odwołanemu prezydentowi Krakowa znalazła się Strefa Czystego Transportu. Choć na ostateczną ich decyzję złożyło się kilka czynników (np. poziom zadłużenia miasta, kontrowersje wokół zarządzania spółkami miejskimi), to podobno głównym zapalnikiem i bezpośrednim powodem buntu Krakowian stała się właśnie Strefa.

Nie bardzo wierzę, że Krakowianie nie chcą czystego powietrza, w które przecież przez wiele lat mocno inwestowali. Skoro to nie niechęć do oddychania czystym powietrzem, to wydarzyło się coś innego. Stawiam na dwa motywy: intencje magistratu krakowskiego rozjechały się z emocjami mieszkańców i to, że zawiodła komunikacja społeczna.

Pomińmy argumenty natury politycznej, jakoby Miszalski uprawiał „ideologię Strefy Czystego Powietrza” albo te, które wskazywały, że to „narzucanie prawa przez Brukselę”, ale krytyka Strefy dotyczyła tego, że istnieje ryzyko, iż duża część mieszkańców, których nie stać na zakup nowych samochodów, zostanie wykluczona komunikacyjnie. Podnoszono też, że restrykcje uderzą w lokalnych przedsiębiorców oraz mieszkańców obrzeży Krakowa, gdzie sieć komunikacji zbiorowej jest wciąż niekompletna.

Część opinii publicznej domagała się mniejszej strefy, ograniczonej do ścisłego centrum miasta. Jednocześnie, co wybrzmiało dość jaskrawo, wprowadzanie SCT miało się odbywać pod podwyżkach cen biletów na autobusy i tramwaje (określanych przez niektórych jako „drastyczne”), co zostało odebrane bardzo negatywnie.

Temu wszystkiemu towarzyszyło poczucie braku dialogu społecznego, niewiedza, sprzeczne informacje. Nawet Polski Alarm Smogowy podnosił, że zawiodła komunikacja społeczna, że Magistrat popełnił „wiele błędów” informacyjnych. Efekt znamy.

Ale w tej opowieści są inne gorsze wątki. Po Polsce poniosła się wieść, że ekologia jest niedobra, że to czynnik ograniczający swobodę, że to „efekt narzucania rozwiązań unijnych przeciwko Polakom” (prawie że cytat), że to „terror ekologizmu” (ponownie prawie że cytat).

Nie zrozumiem dzikiej radości z odwołania prezydenta Krakowa, tak jak nie rozumiem narastającej fali referendalnej w innych polskich miastach (poczytajcie argumenty), ale obawiam się gdzie i w jaki sposób ekologia zostanie wprzęgnięta do walki politycznej. Uważam, że ekolodzy różnych maści we wszystkich innych polskich miastach powinni się uważnie wysłuchiwać w tę sprawę, by nie przegrać czegoś znacznie ważniejszego niż stołek jednego czy drugiego VIPa – by nie przegrać społecznego zaufania wokół tematyki ekologicznej i nie pozwolić zadeptać pozytywnej narracji proekologicznej. Bo wtedy przegramy wszyscy.

Nie powinniśmy stosować taktyki „arogancji racji”, bo to – jak widać – nie wystarczy. Mieć rację to jedno, ale przekonać do niej innych to coś innego. Ponownie kłania się zasada bycia rzetelnym z prowadzeniu debaty publicznej, nie dawania wplątywać się w awantury polityczne i unikać takich inicjatyw, w których ekologia służy jako pałka do bicia.

Kraków jest dobrą nauczką. Bądźmy dobrymi uczniami.

 

zdjęcie tytyłowe: https://unsplash.com/@kevviiiiinnn

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

czternaście − 10 =