Jesteśmy świeżo po udanym Festiwalu Ekologii Integralnej – Tygodniu Św. Franciszka, ja dodatkowo tuż przed Festiwalem Culture4Climate. Oba pokazują nieoczywistą relację między naturą a kulturą, choć w różnych formatach – pierwszy bardziej w sferze muzyki, drugi poprzez film.
I w obu przypadkach pojawia się bardzo oczywista refleksja, że natura jest nie tylko elementem i podstawą ludzkiej egzystencji, lecz także jednym z najstarszych źródeł inspiracji dla ogromnej sfery kultury: filmu, malarstwa, literatury i muzyki. I każdej innej, nowej formy kulturowego i artystycznego wyrażania się.
Każda epoka i każda dziedzina sztuki odnosi się do nich inaczej — raz kontemplacyjnie, raz z głośną ekspresją, czasem ze wzruszeniem kontaktu z pięknem, raz z nostalgią za traconym światem harmonii. Odbierając naturę przez pryzmat muzyki, literatury, malarstwa i filmu, dostrzegamy nie tylko jej piękno, ale i sposób, w jaki człowiek próbuje poznać i zrozumieć samego siebie.
Muzyka jest pewnie najbardziej pierwotnym doświadczeniem relacji z naturą. Od najdawniejszych czasów pejzaże dźwiękowe — szum lasu, burza, szum strumyków, śpiew ptaków — stawały się metaforą stanu duszy. Beethoven, Haendel, Messiaen, Korsakov-Rymsky i wielu innych naśladują naturę, jej rytm, puls i barwy. W muzyce bardziej współczesnej, dźwięki natury stają się treścią protest-songów przed jej niszczeniem. Muzyka czyni naturę obecną bez konieczności jej widzenia, ale poprzez słuch.
Również w literaturze natura bywa zwierciadłem ludzkich emocji i myśli, ale też przestrzenią moralną. Romantycy dawnych wieków widzieli w niej sferę wolności i duchowego oczyszczenia. Literackie, poetyckie pejzaże lat rozbiorów są pełne symboli i tęsknoty za „polską przyrodą”. W literaturze XX wieku natura coraz częściej występuje jako podmiot – istota współuczestnicząca, posiadająca własną osobowość. Olga Tokarczuk, dla przykładu, cały czas przypomina, że świat przyrody nie jest „tłem” cywilizacji, ale współbohaterem ludzkiego losu, wręcz sąsiadem. Literatura – nie tylko jej autorstwa – tym samym uczy nas słuchać natury i przywraca jej głos w świecie zdominowanym przez tumult człowieka.
Malarstwo i natura to relacja pełna symboli. Wieki temu oznaczała harmonię stworzenia, w romantyzmie – nieokiełznaną potęgę, w impresjonizmie – ulotność pięknej chwili. Pejzaże Moneta czy Chełmońskiego pokazują nie tylko krajobraz, ale także miejsce człowieka w przestrzeni i w świetle. W sztuce współczesnej, podobnie, jak we współczesnej muzyce, natura także bywa motywem protestu i niezgody na jej niszczenie. W ten sposób natura przenosi się z krajobrazu do sfery malarstwa, ale również w drugą stronę, znad jezior, rzek i lasów na płótna.
Film umie łączy wszystkie te języki. Potrafi ukazać naturę jako przestrzeń duchowego przeobrażenia, jako ostrzeżenie ekologiczne, jako źródło mistyki. Kamera pozwala widzowi nie tylko zobaczyć przyrodę, ale też wejść w jej rytm, poczuć wiatr, wodę, spojrzenie zwierząt. W filmie współczesnym natura staje się często bohaterem tragicznym – niszczonym, choć trwającym – przypominając, że nasza kultura jest jej częścią, nie przeciwieństwem.
Odbierając naturę przez pryzmat kultury, uczymy się ją rozumieć nie tylko poprzez naukę, lecz także poprzez wrażliwość. Muzyka, literatura, malarstwo i film są czterema drogami ku temu samemu doświadczeniu – że człowiek, tworząc, zawsze powinien tworzyć z naturą, nigdy obok niej, nigdy przeciwko. Tym samym, ochrona środowiska staje się nie tylko ochroną środowiska przyrodniczego, ale i tła kulturowego.
fot. Art Institute of Chicago





