Nie wiem na ile ta informacja jest precyzyjna i na jakim etapie są przygotowania do kampanii, o której usłyszałem w tym tygodniu wracając z pracy. Z tego, co zrozumiałem, kilka holenderskich miast przygotowuje się (już wprowadziło?) do zakazu reklam mięsa na swoim terenie.
Sprawa jest dla mnie jasna: mięso nie ma dobrej renomy: „jest oskarżane” o marnotrawienie tysięcy litrów wody i powstawanie ogromnych ilości CO₂. Brzmi to nieciekawie i duża część opinii publicznej zapewne przyklaśnie takim pomysłom.
Duża część uzna to jednak za „lewackie fanaberie” i „terror wege”, wszak całkiem niedawno, gdy pojawiły się jakieś bzdurne wieści jakoby Komisja Europejska miała nam nakazać „jedzenie robali”, co bardziej porywczy politycy gremialnie zasiedli do steków, burgerów i żeberek, obficie racząc netsferę swoimi sweetfociami z knajpek.
W takiej atmosferze – naskakiwania na siebie, siania fermentu i obrzucania się obelgami – łatwo zgubić istotę problemu. Nim więc utoniemy w hałasie kolejnej wojny o nic, przyjrzyjmy się sprawie na spokojnie i zastanówmy czy to jest droga skuteczne i właściwa dla osiągnięcia właściwych celów. I nie po to, by dokopać radykalnym ekologom, ale by wyzbyć się wszelkich wątpliwości.
Jeśli – na razie teoretycznie – uznamy, że hodowla mięsa jest szkodliwa dla klimatu, wody i lasów tropikalnych, to postawmy sobie uczciwie pytanie na ile jest szkodliwsze od upraw, dajmy na to, migdałów w dalekiej Kalifornii, czy soi „przyczyniającej się” do dewastacji lasów tropikalnych?
Owszem, słyszymy, że lasy padają pod piłami hodowców bydła, ale tak samo giną pod siekierami plantatorów soi. Nie chcemy steków, a co z tofu lub mlekiem sojowym?
Idąc tokiem takiego myślenia: skoro uznajemy, że reklama mięsa jest niegodziwa, to co z reklamami nart? Przecież rozwój narciarstwa wycina lasy górskie pod kolejne stoki i pożera wodę na sztuczny śnieg? Wystarczy stanąć zimą w korku do Zakopanego, żeby zobaczyć, jak „miłość do przyrody” zamienia się w serpentynę spalin ciągnącą się aż do Nowego Targu. Może zablokujmy reklamy motorówek, które na Mazurach rozrywają trzcinowiska, płoszą ptaki i robią z jezior benzynowy ściek?
Każda z tych branż ma na swoim sumieniu swoje grzeszki względem środowiska, często wcale nie mniejsze niż talerz mięsa. Dlaczego więc kotlet trafia na listę grzeszników szybciej niż zimowy urlop w Alpach, skuter wodny z głośnikiem Bluetooth albo weekendowy lot „tylko na espresso” do Rzymu? Może dlatego, że łatwiej odebrać komuś schabowego niż własne przyjemności.
Inna rzecz – to kolejny paradoks – że słyszę co jakiś czas krytykę lotów samolotem na wakacje, i próbę wzbudzania wyrzutów sumienia u tych, którzy latają w samolotach z kilkusetosobową obsadą pasażerską, a nie słyszę słów krytyki pod adresem tych, którzy czasami w pojedynkę, albo w gronie kilkuosobowym, latają na „ważne konferencje” lub odczyty.
Nie, nie kwestionuję żadnej teorii o zmianie klimatu, nie, nie jestem klimatycznym denialistą, ale mam obawy ile z tych inicjatyw – podejmowanych, a jakże, ze szczerymi intencjami – przekona opinię publiczną co do skuteczności takich rozwiązań, na ile nie uzbroi politycznych szaleńców kwestionujących wszystko, co jest „zielone”, „klimatyczne” czy „ekologiczne”.
Mam obawy, że takie proste, widowiskowe wręcz, zakazy staną się idealną amunicją dla przeciwników polityki klimatycznej. Wystarczy jeden plakat zdjęty z przystanku, by w internetowych okopach wybuchł po raz kolejny rechot: ekoterroryści zabierają nam kiełbasę. Zamiast poważnej rozmowy o transformacji energetycznej, transporcie publicznym, ochronie zasobów wodnych, jakości rolnictwa szybko dostaniemy memy o kotlecie w kajdankach. Zacne intencje zaczynają wyglądać jak parodia, a denialiści mogą udawać obrońców zdrowego rozsądku.
Myślę, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Jako że każda działalność wpływa na środowisko, a zadaniem sektora ochrony środowiska jest zmniejszanie jego negatywnego wpływu, to konieczne jest analizowanie faktycznych skutków konkretnej działalności, a nie upraszczania i uogólnianie. Soja czy bambus z daleka to zupełnie inna historia niż mięso z ekstensywnego wypasu na łąkach Europy Środkowej. Monokultura roślinna, a więc zdecydowanie bezmięsna, też potrafi wypłukiwać z gleby cenne minerały.
Znamy w Polsce te paradoksy aż za dobrze: drobne gospodarstwa, mozaika pól, łąk i miedzy tworzą system daleki od ideału, lecz często mniej emisyjny i bardziej probioróżnorodnościowy, niż globalne łańcuchy „zielonych” zamienników. Tymczasem w debacie publicznej łatwiej powiedzieć: mięso złe, rośliny dobre.
Nie jestem przeciwnikiem diety wegetariańskiej lub wegańskiej, nie, nie, ale intuicyjnie czuję, że ostra krytyka wszystkiego spod znaku mięsa też nie jest tu żadnym rozwiązaniem.
Gdyby przedmiotem kampanii reklamowej z Niderlandów była nadkonsumpcja, marnowanie jedzenia i krytyka systemu produkcji opartego na maksymalizacji zysku bez odniesień do aspektów środowiskowych, gdyby zamiast wojny z kotletem reklamowano to, co naprawdę działa: krótsze łańcuchy dostaw, sezonowość, ograniczanie marnowania żywności, uczciwe etykiety śladu środowiskowego, to efekt – jak mniemam – byłby znacznie lepszy.
Ziemia nie uratuje się od zakazów umieszczania burgerów na billboardach, ale może zostać zniweczona przez coś znacznie groźniejszego – przez nasze zamiłowanie do łatwych gestów udających wielkie czyny; przez wiarę, że wystarczy przemalować świat na zielono, by przestał być czarno-brudny. Przez przekonanie, że moralność da się przykleić jak naklejkę „bio” na plastikowe pudełko.
fot. tytułowa: You Lee | unsplash.com





