Postawię pewną tezę. Na jej potwierdzenie mam tylko obserwacje, bo chyba nikt tego nie bada. Nie mogę się od dłuższego czasu oprzeć wrażeniu, że coraz mniej ludzi ma kontakt z przyrodą, że jest on coraz bardziej obwarowany różnymi zastrzeżeniami, że nawet jeśli się na niego decydujemy, to po spełnieniu warunku szczególnej „atrakcyjności” przez jakiś obszar czy obiekt.

Gdyby chcieć wnioskować na podstawie głównego źródła informacji i wrażeń, jakim dzisiaj zazwyczaj jest internet, moglibyśmy mówić o ogromnej popularności treści przyrodniczych. Zdjęcia, filmiki, nagrania z fotopułapek – to wszystko zbiera setki i tysiące polubień i innych reakcji. Gdy są to zdjęcia „malownicze”, a zwierzęta „słodkie i miłe”, mamy wielokrotność wspomnianych pozytywnych reakcji. Drzewa muszą być spektakularnie wielkie, stare i rozłożyste. Gatunki zwierząt – najlepiej rzadkie. Krajobraz bardzo  malowniczy. Dobrze działa także nostalgia – stare zdjęcie naturalnej łąki, pełnej różnobarwnych kwiatów, to samograj w mediach społecznościowych w temacie zbierania lajków. Gwarantuje też wysyp komentarzy typu „świat był kiedyś taki naturalny”.

Nie wyśmiewam takich reakcji i odruchów. Świadczą one o tym, że czujemy tęsknotę za przyrodą, za naturą, za otoczeniem niezbyt wyeksploatowanym czy przekształconym przez człowieka i cywilizację. Osobna sprawa to oczywiście odpowiedź na pytanie, czy ludzie naprawdę chcą to chronić, czy sami praktykują takie postawy itp. Bo przecież kwietna łąka to nic trudnego, wystarczy nie zamieniać placu wokół domu w obszar sterylny, np. w trawnik obsesyjnie przystrzygany i podlewany specyfikami typu roundup. Dawno temu jeden ze znanych działaczy i prekursorów ruchu ekologicznego w Polsce, dzisiaj już nieżyjący, powiedział mi: Gdy zapytasz ludzi, czy są za ochroną przyrody, prawie każdy powie, że tak, a jawnych przeciwników będzie bardzo niewielu. Co innego, gdy zaproponujesz im, aby sami zrezygnowali z wygody, nawyku czy stylu życia, które tę przyrodę niszczą w ich otoczeniu, bo wtedy nagle pojawi się sprzeciw.

Wróćmy do zachwytów nad przyrodą.

Teoretycznych. Wirtualnych. Na odległość. Im więcej widzę polubień i zachwytów zdjęciami i filmikami, tym mniej widuję ludzi na obszarach przyrodniczych i w kontakcie z przyrodą faktyczną. Gdy włóczę się po leśnych i polnych drogach i bezdrożach, nie spotykam prawie nikogo. Choć to niedaleko od cywilizacji, nie jakieś odludzia. Poza późnoletnimi i jesiennymi grzybiarzami, których średnia wieku wciąż rośnie, prawie nie spotykam ludzi. Nawet wędkarze często wybierają „sztuczne”, komercyjne łowiska, choć kiedyś przesiadywali nad byle śródleśnymi czy łąkowymi bajorkami. Biegacze czy rowerzyści przemykają zazwyczaj bez zainteresowania otoczeniem, nierzadko w słuchawkach, zapatrzeni i zasłuchani w siebie, nie w przyrodę. Po prostu po lesie biega czy jeździ się przyjemniej niż w centrum tłumnego i hałaśliwego miasta. Ale sama przyroda jest w tym procederze trzeciorzędna. Zapewne są wyjątki, ale reguła nie wygląda dobrze, zresztą w rozmowach z takimi osobami słyszę tylko o sporcie, wynikach, kondycji itd. Nie o zachwycie otoczeniem.

Faktycznego kontaktu z naturą jest coraz mniej. Oczywiście częściowo także z tzw. przyczyn obiektywnych. Duże miasta rozrosły się i dotarcie do większych obszarów przyrodniczych bywa niekiedy poważniejszą wyprawą. Część przyrody przekształcono, choćby w intensywne rolnictwo. Poprzecinano barierami typu autostrady czy drogi szybkiego ruchu. Zabudowano i ogrodzono. Ale separacja od przyrody to nie tylko skutek złych zjawisk. To także często wybór, a raczej nawyk. Tego – przebywania w przyrodzie – po prostu już się nie robi, nie potrzebuje, nie ma odruchu spędzania czasu w taki sposób. Cały styl życia zmienił się na tyle, że jest to dzisiaj aktywność mniejszościowa i wyłącznie celowa. Nie chodzimy pieszo gdzieś na skróty przez nieużytki, bo coraz mniej w ogóle chodzimy pieszo. Nie mamy poza cywilizacją żadnych „spraw”, tak kiedyś częstych, banalnych i niedostrzeganych, jak pomoc dziadkowi w zbieraniu trawy do karmienia królików. Nie mamy wyjazdów wakacyjnych do rodziny na wieś. A i sama wieś jest dzisiaj inna niż była. Efekt jest taki, że w ogóle nie mamy, szczególnie w młodszych pokoleniach, odruchu bycia poza cywilizacją, przestrzenią urządzoną przez ludzi.

Nie mamy też elementarnej wiedzy o przyrodzie.

Łapię się nieraz za głowę, gdy widzę oferty „warsztatów” czy „spacerów” zielarskich, na których ludzie uczą się za niemałe pieniądze rozpoznawania naprawdę podstawowych i banalnych gatunków roślin. Nie wyśmiewam takich osób, to po prostu ponury signum temporis – w mojej okolicy i pokoleniu znały te rośliny niemal wszyscy – dzieci i dorośli – a dzisiaj trzeba się tego uczyć na weekendowych wyjazdach po kilkaset złotych każdy. Inna sprawa, że dziwi mnie, iż po prostu nie kupili za kilka złotych starej książki ze zdjęciami i nie wybrali się samemu gdzieś w okolicy. A może jednak nie dziwi, bo są to ludzie wychowani już w świecie, w którym samodzielna wyprawa po przyrodniczej okolicy to coś, czego nigdy nie robili, nie widzieli u innych, nikt im tego nie pokazał.

To wszystko sprawia, że kontakt z przyrodą jest coraz rzadszy. To już nie są moje opinie czy jednostkowe wrażenia. Richard Louv w 2005 roku napisał pierwszą wersję książki Ostatnie dziecko lasu. Choć dotyczy ona realiów USA, to podobne tendencje szybko dotarły także do nas i innych krajów. Autor przygląda się w niej zjawisku odseparowania młodszych pokoleń od natury. W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczania przyrody przez dzieci. Nastąpiło całkowite odwrócenie sytuacji. Dzieciaki są dziś świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy ja byłem dzieckiem. […] Współczesne dzieciaki z pewnością opowiedzą nam wszystko o amazońskich lasach tropikalnych, lecz nie o tym, kiedy ostatnio samotnie spacerowały po lesie albo leżały na łące, wsłuchując się w świst wiatru i obserwując przepływające nad ich głowami chmury – pisze Louv, urodzony w 1949 roku.

Nie są to gołosłowne narzekania zgorzkniałego seniora. Louv podpiera swoje obserwacje mnóstwem badań, wniosków analiz naukowych, statystyką itp. Przywołuje m.in. badania Sandry Hofferth z Uniwersytetu Maryland, które mówią, że w ciągu zaledwie sześciu lat (1997-2003) o połowę zmniejszyła się ilość dzieci odbywających piesze wędrówki i spacery, zabawy na plaży, w lesie, na podwórku lub w ogródku. Ta sama naukowiec twierdzi, że w ciągu minionego ćwierćwiecza o 9 godzin tygodniowo zmniejszył się wymiar czasu poświęcanego przez dzieci na swobodną zabawę poza domem. Badania Rhondy L. Clements mówią z kolei, że 71 proc. dzisiejszych matek pamiętało z dzieciństwa codzienną zabawę na dworze, lecz tylko 26 proc. tej grupy znało to zjawisko z życia swoich dzieci, a dotyczyło to także osób zamieszkujących obecnie obszary wiejskie i przedmieścia…

Konkluzja jest smutna:

Nasze społeczeństwo uczy młodych ludzi unikania bezpośredniego kontaktu z przyrodą. Jestem od autora tych słów niemal trzy dekady młodszy. Lasy, łąki, pola, zarośla itp. były naturalnym punktem odniesienia i miejscem spędzania wolnego czasu w moim pokoleniu, a już szczególnie dla chłopców. „Bazy” na drzewach, szałasy budowane w wakacje, taplanie się pośrodku niewielkiej lokalnej rzeczki, całe dnie spędzane w „dzikich” miejscach (nawet jeśli były nimi zwykłe zarośla na obrzeżu osiedla), napędzane ciekawością eksplorowanie wszelkich możliwych nieużytków, wagary czy turystyczne nieformalne wyprawy wśród przyrody – wszystko to było dla mnóstwa osób z tego pokolenia chlebem powszednim. Amerykański autor zwraca uwagę, że dzisiaj to nie do pomyślenia. Zakazy i nakazy, przesadna troska i chęć kontroli, ale także brak kulturowego nawyku takich poczynań, niegdyś popularnych Oraz kwestia (braku) możliwości. Na przykład w Los Angeles zaledwie 30 proc. mieszkańców żyje w takiej odległości od parków, a więc przyrody już mocno przekształconej i kontrolowanej, która pozwoliłaby bywać w nich bez większych, specjalnie przedsięwziętych wysiłków.

Louv poddaje też krytyce współczesną edukację ekologiczną, która uczy suchych faktów albo wdraża młodych ludzi w ekologię „techniczną” (recykling itp.), za to bardzo rzadko bazuje na doświadczaniu faktycznej przyrody. Tymczasem, jak zauważa, „Ochrona przyrody zależy od czegoś więcej niż tylko od siły […] organizacji ekologicznych. Zależy także od jakości relacji młodych ludzi z przyrodą – od tego, w jaki sposób – jeśli w ogóle – młodzież przywiązuje się do natury”. W ten sposób, stwierdza Louv, powstało „pierwsze odnaturalnione pokolenie”.

W tym momencie to już nie jest tylko jedno pokolenie, lecz kilka. Ale także w starszych generacjach widać mniej kontaktów z przyrodą wraz ze zmianą sposobu życia: wypoczynku i rekreacji, przemieszczania się, zaspokajania potrzeb życiowych itp. Pozostaje tylko lajkowanie nostalgicznych zdjęć o tym, że kiedyś były biwaki nad rzeką zamiast klimatyzowanych sztucznych przestrzeni urlopowych; że wędrowało się z plecakiem zamiast podjeżdżać komfortowym autem pod docelowe drzwi, za którymi też jest komfort; że ryby, grzyby czy dzikie owoce były integralną częścią diety, pochodzącą z własnych wysiłków, a nie z wygodnych zakupów, itd.

Jest na skalę zauważalną statystycznie jeden jedyny wyjątek od takich postaw. To najbardziej „atrakcyjne” obszary i obiekty przyrodnicze. Najlepiej egzotyczne – wtedy znajdą się chętni, aby je odwiedzić, zapłacić za to, pochwalić się wrażeniami. W najgorszym razie mogą być w Polsce czy w sąsiednich krajach, ale muszą być spektakularne: wysokie góry, specyficzne formacje skalne, wielkie i głębokie jeziora, największe rzeki, parki narodowe… Tak, na mnie też najbardziej dzikie partie Bieszczad robią większe wrażenie niż przeciętne wzniesienie na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, na które docierałem rowerem w 15 minut po wyjściu z mieszkania na blokowisku. Tak, ja też o wiele bardziej zachwycam się Puszczą Białowieską niż lasem gospodarczym czy zagajnikiem za osiedlem. Tak, rozlewiska Bugu czy Biebrzy są nieporównywalne z Bobrówką, która płynie pięćset metrów od miejsca, gdzie obecnie mieszkam. To poza dyskusją.

Ale przyroda jest niemal wszędzie – i niemal wszędzie jest warta uwagi.

Także w okolicy przekształconej, na obszarach poszatkowanych zabudową, infrastrukturą i „inwestycjami”. Powiedziałbym nawet z pewną przekorą, że właśnie w takich miejscach większą frajdę daje odnalezienie skrawków „dziczy” niż tam, gdzie ta „dzicz” jest spektakularna, wyjątkowa, od dekad chroniona, a okolicę przysposobiono do potrzeb przyjezdnych „oglądaczy”. Oczywiście nie wszędzie spotkamy rzadkie gatunki czy duże zbiorowiska starych, „pomnikowych” drzew. Ale też nie oszukujmy się: większość mieszczuchów nie widziała na żywo nie tylko wilka, ale także zająca – w ogóle lub od lat, chyba że z okien samochodu. A ja co kilka dni spotykam zające tuż za polsko-czeską granicą, kilka kilometrów od domu. Spotykam tam też lisy, ptaki drapieżne, sarny, przed kilkoma dniami znalazłem pozostałości po skonsumowanym wielkim dziku. Wielkie stare lipy i znacznie młodsze, ale też wielkie brzozy, łąkę w rozkwicie, nieprzebyte zarośla z krzewów dzikiej róży, ogromne łopiany, dziurawiec niemal mojego wzrostu… To wszystko na terenach, które jeszcze dwie dekady temu służyły do masowego przeładunku węgla z pobliskich wielkich kopalń. Związane z tymże procederem dawne wyrobisko to dzisiaj staw, na którym bytują liczne gatunki ptaków. Kilometr dalej to już zupełne cudeńko ekologiczno-kulturowe: dawniej dzielnica miasta, później zrównana w całości (poza starym kościołem) z ziemią z powodu szkód górniczych, a obecnie teren wtórnej przyrodniczej sukcesji niekrępowanej żadną poważniejszą aktywnością człowieka. Na niewielkim obszarze jest tutaj spora różnorodność przyrodnicza, a dla laika w kwestii gatunków – po prostu dzicz, przez którą momentami trudno się przedrzeć. Sprzyja temu teren wodonośny, czyli liczne cieki, bajorka, strumienie, grząskie łąki.

To tylko przykład. Takich miejsc w okolicy jest sporo. Nikt mi o nich nie powiedział, nie przeczytałem w przewodniku, nie zaprowadzono mnie tam. One często nie mają nawet nazwy miejscowej. Leżą między czymś a czymś. Po prostu szedłem, rozglądałem się, poznawałem. W ramach dwu-trzygodzinnych spacerów, które trudno nawet nazwać wyprawami, ot, zwykła przerwa między pracą a innymi obowiązkami. Dbałem tylko o to, by przy poznawaniu nowego terenu mieć jakieś punkty orientacyjne, np. wieżę kościoła przed sobą czy linię kolejową po prawej lub lewej stronie. Poza tym już tylko szedłem i rozglądałem się, zbaczając tam, gdzie mnie coś zaciekawiło. Wszędzie tam były interesujące miejsca przyrodnicze. Oddalone o kilka kilometrów, a niekiedy o zaledwie kilkaset metrów od cywilizacji, także tej bardzo zaawansowanej. To nie były, rzecz jasna, druga Białowieża czy drugi Bug. Była tam natomiast obfitość przyrodniczych atrakcji i doznań, w zupełności wystarczająca niezbyt zaawansowanym.

Zareagowałeś lajkiem na zdjęcie rzadkiego gatunku czy malowniczego krajobrazu, na nagranie z fotopułapki czy filmik z lotu ptaka z delty ogromnej rzeki? To dobrze. To zew natury. Ona cię wzywa. Wystarczy wyjść z domu i iść. Czasami pojechać kawałek jakimś środkiem lokomocji. W najgorszym razie, gdy mieszkasz w centrum dużego miasta, w realiach Polski jest to dystans kilkudziesięciu minut autem lub pociągiem. Po prostu wyjdź i idź. Do przyrody realnej, nie wirtualnej.

 

 

 

 

fot. Holly Mandarich | unsplash.com

 

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!