W polskich rzekach toną nie tylko butelki, baterie i niedopałki, ale też całe ludzie codzienne nawyki — od soczewek kontaktowych po resztki leków. Ryby znikają, mikroplastik wraca na talerze, a wędkarstwo coraz częściej przypomina krwawą zabawę. Sebastian Staśkiewicz z fundacji Ratuj Ryby o tym, jak naprawdę wyglądają polskie rzeki i czy możemy je jeszcze uratować.
Katarzyna Kamyczek: Ile śmieci wyłowiliście w ciągu ostatnich 10 lat?
Sebastian Staśkiewicz: Ponad 600 ton.
Co najczęściej?
Wszystko, co można sobie wyobrazić: chemikalia przemysłowe i domowe, strzykawki, beczki po substancjach, a nawet broń. W ramach 11 ogólnopolskich akcji wolontariusze w każdej miejscowości sprzątali odcinek rzeki wokół siebie — dzięki temu przez pięć lat z rzędu udało się „pokryć” całą Wartę jednego dnia, fragment po fragmencie. To była niesamowita, bardzo wdzięczna akcja. Nasz rekord? 120 ton śmieci w czasie jednej edycji.
Rekordy lokalne ?
Przy niskim stanie wody wyciągaliśmy butelki z plaż, gdzie odpoczywa najwięcej mieszkańców Poznania i turystów. W 30 minut potrafiliśmy zebrać półtorej tony samych butelek. A w sumie, w ramach akcji DNO, NIE – dla butelek, uczestnicy zebrali aż 7,5 tony odpadów oraz około 130 tysięcy niedopałków tylko w Poznaniu.
Nie ma śmietników?
Są. Problemem nie jest brak koszy, tylko brak kultury. Po prostu — nie ma kultury.

Czy po śmieci też nurkujecie?
Nie. Nigdy nie nurkujemy. Czekamy, aż poziom wody będzie bezpieczny — zwykle to około metra pośrodku rzeki, a przy brzegu, gdzie pracujemy, jakieś półtora metra. To miejsce jest tzw. areną migracyjną ryb, więc butelki od razu tam opadają. Nie musimy wchodzić daleko. Jesteśmy zabezpieczeni linami, pracujemy w wodzie do kolan, bo i tak nie zobaczymy, co jest głębiej. W Warcie nawet przy 30 cm wody dno jest niewidoczne. Niestety ponad 90% naszych rzek nie spełnia żadnych norm przejrzystości — są poza klasyfikacją.
Mówisz, że nie powinniśmy podlewać pól wodą z rzek. Dlaczego?
Bo tej wody będzie coraz mniej. Nie dlatego, że jej ubywa w sensie globalnym, tylko dlatego, że jest w innych miejscach niż kiedyś. Poziomy wód gruntowych spadają. A my nadal podlewamy, często chyba z przyzwyczajenia. Człowiek dużo robi z nawyku.
Zmiany klimatyczne to dla niektórych medialne mrzonki.
Tak, ale problem jest też psychologiczny. Ludzie nie lubią się zmieniać. Nie lubimy segregować śmieci, nie lubimy zmieniać nawyków, nie lubimy inaczej myśleć o przyrodzie. Mamy wpojone od urodzenia, że przyroda ma nam dać. Bo „płacę podatki, więc mi się należy”. Nikt nie uczy, że trzeba zacząć jej oddawać.
Skąd u Ciebie zmiana podejścia?
Z obserwacji. Pamiętam, jak kiedyś na 200-metrowym odcinku Warty drapieżników było więcej niż dziś na 10 kilometrach. Wystarczyło mocniej tupnąć i ryby się spłoszyły — teraz tego nie ma. Wtedy dotarło do mnie, że albo dalej będę tylko brał, albo zacznę działać w zgodzie z przyrodą, którą przecież kocham — las, zwierzęta.
Wędkowanie kiedyś i dziś — co się zmieniło?
W PRL-u wędkowanie było spokojnym hobby. Dziś często przeradza się w krwawą zabawę, której towarzyszy bardzo niska świadomość. Najważniejsze jest to, żeby ryb nie męczyć — a tymczasem wielu wędkarzy mówi, że łowi „sportowo”, czyli tylko po to, żeby rybę złowić i wypuścić. Nie istnieje jednak żadna biologiczna definicja „łowienia sportowego”. I jest to, szczerze mówiąc, jedna z większych hipokryzji.
Wyobraźmy sobie, że wypuszczamy ukochanego psa albo kota na dwór, strzelamy do niego z procy „tak, żeby nie zabić”, a potem zabieramy go do domu i go przytulamy. Absurd? Właśnie tak wygląda większość „złów i wypuść”.

Czy ryba przeżywa po wyjęciu haczyka?
Bywa różnie. Są czynniki, które zwiększają szansę przeżycia — ale jeszcze więcej jest tych, które sprawiają, że ryba nie da rady żyć dalej. Może też zarazić inne organizmy chorobą, pleśnią, infekcją. Mówienie, że to dla ryby „bezpieczne”, jest po prostu nieprawdziwe. Ale i tak dużo z nich przeżywa.
Wędkujesz?
Dwa razy w roku. Mam dwa miejsca, gdzie wiem, że woda jest czysta i że występuje sandacz. Jeśli mam ochotę na świeżą rybę, to zjem tę, którą złowię w takich warunkach. Ale generalnie jem ryby kupowane bezpośrednio z gospodarstw — mamy w Polsce naprawdę świetne.
Ryby mają dużo mikroplastiku.
Woda i całe środowisko są zanieczyszczone. Jeśli tego nie posprzątamy — gleby, powietrza, rzek — to to wszystko ostatecznie trafia na nasze talerze. W szkołach mówię dzieciom wprost: jeśli wyrzucisz coś do środowiska, jest duża szansa, że sam to kiedyś zjesz.
Dlatego powtarzam: zdrowe środowisko to zdrowi my. Jesteśmy organizmami, które żyją z natury, nie obok niej. Dlatego nie polecam nikomu jeść ryb rzecznych. Polecam natomiast ratować rzeki, sprzątać je i tworzyć takie warunki, żeby ryby mogły tam znowu normalnie funkcjonować.
Wciąż zdarza się, że ludzie wyrzucają szkła kontaktowe do toalety czy zlewu?
I to na masową skalę. Badania przeprowadzone przez studentów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza na poznańskich Ratajach pokazały, że tylko z jednego osiedla do Warty trafia tygodniowo nawet 700 soczewek, co w skali roku daje około trzech ton mikroplastiku. Oczyszczalnie ścieków nie są w stanie zatrzymać ani drobnych cząstek plastiku, ani hormonów czy pozostałości leków. A to wszystko wraca do rzeki — i do nas.
Może być zaskoczeniem dla niektórych.
Podczas rejsów edukacyjnych po Warcie często słyszę zdziwienie dorosłych: „Jak to, alkohol w rzece?”. A przecież nie chodzi o to, że ktoś wylewa wódkę do wody. Każdy zażyty antybiotyk, hormon czy lek na ból głowy kończy swój cykl dokładnie w kanalizacji. Wielu ludzi nie łączy kropek: to, co wydalamy, trafia do obiegu. A rzeka musi to potem „unosić”.
Dlatego sprzątanie rzek jest tak ważne — choć przykre jest to, że sprząta się głównie po tych, którzy przychodzą tam odpocząć. Od lat próbuję zrozumieć, skąd bierze się ta obojętność. Czasem słyszę zarzut, że „dzieci nie powinny sprzątać po dorosłych”. Tymczasem to najlepsza lekcja ekologii: dziecko, które raz pozbiera śmieci nad wodą, drugi raz już niczego tam nie wyrzuci. I, co więcej, ma z tego frajdę.

Przyznaję. Sprzątanie, a mega kręci. Słabe jest jednak to, co się widzi podczas spacerów w sobotni poranek idąc brzegiem.
Po weekendach nad rzeką zostaje potworny bałagan. Rekordem naszej ekipy było 135 tysięcy zebranych niedopałków. Kapsli — ok. 50–70 tysięcy. W globalnej skali skala problemu jest absurdalna: przy 5–6 bilionach wypalanych rocznie papierosów aż 3,7 biliona petów trafia bezpośrednio do środowiska. Gdyby ułożyć je jeden za drugim, okrążyłyby Ziemię ponad trzy tysiące razy.
Nawyk wyrzucania niedopałka „gdzie popadnie” znamy przecież z popkultury — choćby z filmów, w których Clint Eastwood od niechcenia wciska papierosa w ziemię. W rzeczywistości każdy taki pet potrafi zatruć litr wody, jest toksyczny dla organizmów wodnych i rozkłada się nawet 10 lat. Mimo to ludzie beztrosko wciskają je w piasek, jakby miały zniknąć. To jeden z najczęściej znajdywanych śmieci na plażach całego świata.
Dlatego edukacja i świadomość są kluczowe. I dlatego trzeba sprzątać — choćby po to, by za kolejne pokolenia nie robiły tego po nas.
Sebastian Staśkiewicz – Fundacja Ratuj Ryby. Fundator i organizator działań. Edukator z misją „By ryby nie kojarzyły się im tylko z paluszkiem rybnym”. Od ponad 10 lat zajmuje się m.in. pod Naukowym Patronatem Instytutu Rybactwa Śródlądowego – edukuje w szkołach, w terenie, podczas imprez dla dzieci. Powadzi edukacyjne EKO REJSY po wodach śródlądowych. Dla dzieci, rodzin, indywidualne. Organizuje około 100 ekologicznych działań w roku. W sumie ponad 900 działań w Polsce. Prowadzi kanał na YouTube Ratuj Ryby ( Edukacja, Ekologia, Dzika Przyroda)
Działania można wspierać na Patronite – Ratuj Ryby lub bezpośrednio na konto fundacji.





