Kopalnia zmienia krajobraz, węgiel kształtuje lokalną tożsamość, a przyroda stopniowo odzyskuje tereny poprzemysłowe. Co stanie się z regionem Turowa, gdy wydobycie się zakończy? Rozmawiamy z dr Katarzyną Majbrodą z Uniwersytetu Wrocławskiego i Julią Szot z Muzeum Etnograficznego Oddziału Muzeum Narodowego we Wrocławiu, współtwórczyniami wystawy „Życie na węglu. Ludzie, krajobrazy, dziedzictwo w obliczu transformacji energetycznej”.

Krajobraz, który zmienia człowiek

Katarzyna Kamyczek: Od czego się zaczęło?

Katarzyna Majbroda: Wystawa ma kanwę etnograficzno-antropologiczną. Jej podstawą są badania, które od 2021 roku prowadzę wokół kompleksu energetycznego Turów, obejmującego kopalnię i elektrownię. Moim głównym celem jest uchwycenie i zdiagnozowanie tego, jak lokalna społeczność, żyjąca w sąsiedztwie kopalni i elektrowni węgla brunatnego, doświadcza kryzysu klimatycznego, a także transformacji energetycznej, która stanowi bardzo realną perspektywę dla tego regionu.

Ważnym elementem badań są opowieści mieszkańców. Funkcjonują w określonych przestrzeniach, które nazywam krajobrazami energetycznymi. Są to krajobrazy antropogeniczne, czyli przekształcone przez człowieka, oraz industrialne, ukształtowane przez rozwój przemysłu energetycznego.

Na tych terenach po II wojnie światowej rozwijała się kopalnia, a w 1962 roku rozpoczęto budowę elektrowni. Inwestycje te w bardzo konkretny sposób wpłynęły na przemiany krajobrazu, a tym samym natury i środowiska.

Skąd zainteresowanie tematem?

Katarzyna Majbroda: Pochodzę z Dolnego Śląska, a obszar, którym się zajmuję, znajduje się w tym regionie. Kilkakrotnie odwiedzałam te tereny, zanim rozpoczęłam badania. Szczególnie zainteresował mnie widoczny kontrast, ale też nieoczywista ambiwalencja krajobrazu.

Z jednej strony mamy przestrzenie industrialne i rozwinięty przemysł, z drugiej – zielone tereny i bogatą przyrodę. Pomyślałam, że to temat wart pogłębionej analizy, zwłaszcza w kontekście kryzysu klimatycznego.

Na Dolnym Śląsku rozgrywają się historie niezwykle istotne dla zrozumienia współczesnego świata. Pokazują one jak w soczewce, w stosunkowo niewielkiej skali, w jaki sposób procesy globalne przecinają się z lokalnymi doświadczeniami. Dla mnie, jako osoby urodzonej na Dolnym Śląsku, ważne jest również to, że mogę zajmować się fragmentem świata, do którego sama należę.

Życie na węglu nie kojarzy się z przyrodą.

Katarzyna Majbroda: Węgiel brunatny sam w sobie jest oczywiście naturalnym surowcem. Jednak jego wydobycie rzeczywiście przekształciło krajobraz. Dawne wsie, sady i tereny zielone zostały częściowo zastąpione przez rozrastającą się i pogłębiającą odkrywkę węgla brunatnego, która ma obecnie około 25 kilometrów rozległości.

Ten region jest jednak pod wieloma względami zaskakujący. Miejsce wydobycia węgla często kojarzy się z marazmem, czarną dziurą, brzydkimi, szarymi przestrzeniami pozbawionymi roślinności. Tymczasem Górne Łużyce, Góry Izerskie i niemiecki region Żytawy to tereny bardzo zielone.

Znajdziemy tam elementy poprzemysłowe i pogórnicze, które mogą sprawiać wrażenie naturalnych, choć w rzeczywistości nimi nie są. To swoiste twory naturokulturowe – przestrzenie, w których działalność człowieka i procesy przyrodnicze wzajemnie się przenikają.

Przykładem są dawne hałdy, które obecnie porastają roślinnością. Od lat 60. sukcesywnie je zalesiano, sadząc różne gatunki drzew i krzewów. Mamy również tereny objęte rekultywacją.

Krajobraz został mocno przekształcony, ale nie oznacza to, że jest pusty, smutny i wyłącznie industrialny. Przeciwnie – jest stosunkowo zielony i bogaty przyrodniczo, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to obszar kojarzony przede wszystkim z wydobyciem węgla brunatnego.

Czy mieszkańcy chcą odejścia od węgla?

Dużo mówi się o odchodzeniu od węgla ze względu na jego wpływ na klimat i środowisko. Mieszkańcy są mocno związani z węglem, że trudno im wyobrazić sobie inny sposób funkcjonowania?

Katarzyna Majbroda: To, co wywołuje lęk przed odejściem od węgla, wiąże się przede wszystkim z konsekwencjami społecznymi i ekonomicznymi. Mieszkańcy obawiają się utraty miejsc pracy, ale także końca pewnej kultury energetycznej – całego zespołu praktyk, relacji społecznych i elementów życia kulturalnego, które przez lata rozwijały się wokół wydobycia węgla brunatnego i infrastruktury energetycznej.

Na tej podstawie ukształtowała się lokalna tożsamość. Dlatego wygaszenie wydobycia węgla brunatnego, wiązane z rokiem 2044, kiedy kończy się koncesja kopalni Turów, oznaczałoby nie tylko zakończenie określonego sposobu produkcji energii. Byłaby to także radykalna zmiana w życiu społecznym i kulturowym, swoista wyrwa w codziennym funkcjonowaniu mieszkańców.

Nie powiedziałabym jednak, że są oni po prostu przeciwnikami odnawialnych źródeł energii. Niechęć, która czasami pojawia się w wypowiedziach na temat farm wiatrowych, między innymi po stronie czeskiej, czy obawy o przyszłość regionu, wynikają przede wszystkim z niepewności i lęku przed zmianą. Nie muszą oznaczać zdecydowanego sprzeciwu wobec OZE.

Mieszkańcy chcą żyć w przyjaznym środowisku, w zdrowiu, dbać o siebie, swoje rodziny i dobrostan. Trzeba pamiętać, że ich stosunek do transformacji energetycznej kształtuje się na styku troski o środowisko i troski o własną przyszłość.

Jak mieszkańcy postrzegają wpływ kopalni na środowisko? Czy troska o przyrodę jest dla nich równie ważna jak bezpieczeństwo ekonomiczne?

Katarzyna Majbroda: Osoby mieszkające w sąsiedztwie kompleksu Turów dbają o swoje otoczenie i dostrzegają znaczenie rekultywacji terenów pogórniczych. Są dumne z tego, że okolica jest zielona, że od lat 60. prowadzone są tam zalesienia i działania rekultywacyjne.

Opowiadają również o tym, jak trudne były warunki życia w latach 60. i 70. W powietrzu unosiły się pyły pochodzące z działalności kopalni oraz emisje związane z funkcjonowaniem elektrowni. Zanieczyszczenia osadzały się na otoczeniu, utrudniając codzienne życie.

Dziś sytuacja wygląda inaczej. Elektrownia została zmodernizowana, a nowoczesne instalacje ograniczają część uciążliwości środowiskowych. Mieszkańcy mówią o tym, że można wyjść na zewnątrz, wywiesić pranie, a śnieg w Bogatyni jest biały, a nie czarny czy szary, jak bywało w przeszłości.

Nie oznacza to jednak, że działalność kompleksu energetycznego jest obojętna dla przyrody. Mieszkańcy mają świadomość, że wydobycie węgla brunatnego i funkcjonowanie elektrowni powodują szkody środowiskowe. Przekształcenia dotyczą gruntu, wód podziemnych i stosunków wodnych w całym regionie.

Wiedzą zatem, że poprawa niektórych warunków życia nie oznacza całkowitego wyeliminowania negatywnych skutków działalności przemysłowej. Te straty są dla nich realne i dostrzegalne.

Transformacja, która wciąż pozostaje na papierze

W regionie już widać zmiany związane z transformacją energetyczną, czy wciąż jesteśmy na etapie przygotowań?

Katarzyna Majbroda: Region znajduje się obecnie w tak zwanej luce transformacyjnej. Decydenci i władze zdają sobie sprawę, że rok 2044 jest datą graniczną dla wydobycia węgla w Turowie.

Co jakiś czas odbywają się konsultacje społeczne. Działa również organizacja Triland w Zgorzelcu, która organizuje spotkania z ekspertami, urzędnikami, mieszkańcami i naukowcami. Ich celem jest wypracowanie przez różne środowiska konkretnych strategii dotyczących przyszłości regionu.

Jednak na poziomie wdrażania tych planów, infrastruktury i rzeczywistych zmian niewiele jeszcze widać. Nie powstają nowe miejsca pracy związane z transformacją, nie pojawiają się nowe zielone inwestycje, a kopalnia i elektrownia nadal funkcjonują.

Mamy świadomość nadchodzących zmian, trwają dyskusje i prace przygotowawcze. Angażują się w nie instytucje rządowe, w tym Ministerstwo Klimatu i Środowiska, różne agendy publiczne, organizacje społeczne i pozarządowe. Mieszkańcy również biorą udział w tych procesach, między innymi podczas konsultacji społecznych.

Jeśli jednak zapytamy o konkretne działania, które już zmieniają rzeczywistość mieszkańców, wciąż trudno wskazać konkretne realizacje. Dotyczy to również perspektywy roku 2035, kiedy – zgodnie z założeniami planu sprawiedliwej transformacji dla powiatu zgorzeleckiego – miałyby być stopniowo wyłączane kolejne jednostki elektrowni.

Młodzi ludzie nadal chcą pracować w kopalni?

Katarzyna Majbroda: Myślę, że kolejne pokolenia są przede wszystkim zainteresowane możliwością życia w tym krajobrazie i pozostania w rodzinnych miejscowościach. Wygaszenie kopalni i elektrowni nie musi oznaczać apokalipsy, czyli całkowitego wyludnienia i zniszczenia regionu.

Trzeba jednak uwzględnić procesy demograficzne. Społeczeństwo się starzeje, co widać również w tej części Polski. Młodzi ludzie wyjeżdżają, by zdobywać wykształcenie, a później często szukają pracy poza regionem. Widoczna jest zarówno migracja edukacyjna, jak i zarobkowa.

Część z nich podejmuje zatrudnienie w pobliskich Czechach i Niemczech, między innymi w turystyce, fabrykach i innych zakładach pracy. Już teraz mieszkańcy poszukują więc alternatywnych źródeł utrzymania. To ważny sygnał, że życie regionu nie musi być na zawsze związane wyłącznie z kopalnią i elektrownią.

Jednej wizji przyszłości nie ma

Mieszkańcy mają własną wizję przyszłości regionu? Próbują przekonać do niej lokalne władze?

Katarzyna Majbroda: Nie ma jednej wspólnej wizji. Prowadzone przeze mnie badania antropologiczne pokazują wyraźnie, że część mieszkańców, szczególnie osoby bezpośrednio związane zawodowo z kopalnią i elektrownią, opowiada się za jak najdłuższym funkcjonowaniem kompleksu energetycznego.

Inni, być może bardziej świadomi ekologicznie lub mniej związani z kopalnią i elektrownią pod względem zawodowym i materialnym, przedstawiają bardziej dalekosiężne i odważne pomysły. Mówią o transformacji, wykorzystaniu istniejącej infrastruktury i przejściu na odnawialne źródła energii.

Pojawiają się propozycje wykorzystania fotowoltaiki i budowy farm wiatrowych, wykorzystania biomasy, magazynów energii. Widać więc, że mieszkańcy nie kreują jednej wizji życia po węglu, a ich wyobrażenia o przyszłości zależą między innymi od doświadczeń zawodowych, sytuacji materialnej i indywidualnego podejścia do zmian w regionie.

Możemy czerpać z doświadczeń Czechów i Niemców w przeprowadzaniu transformacji energetycznej?

Katarzyna Majbroda: Tak. Górne Łużyce, obejmujące obszar pogranicza Saksonii i Kraju Libereckiego, to regiony bogate w złoża węgla brunatnego. Również po stronie niemieckiej i czeskiej funkcjonowały, a miejscami nadal funkcjonują, kopalnie i elektrownie.

Czesi i Niemcy wcześniej rozpoczęli proces transformacji i sukcesywnie zamykają kolejne kopalnie oraz elektrownie. Możemy tam znaleźć interesujące przykłady zagospodarowania terenów pogórniczych.

Jednym z nich jest kopalnia Kristýna w Czechach, która została zrewitalizowana już w latach 60. XX wieku i zalana wodą. Obecnie funkcjonuje tam kompleks turystyczny wokół jeziora powstałego w miejscu dawnego wyrobiska. To rozpoznawalna regionalna atrakcja, którą odwiedzają Polacy, Czesi i Niemcy.

Jest to ciekawy przykład turystyki postindustrialnej. W jeziorze można między innymi nurkować i oglądać pozostałości dawnych wyrobisk oraz infrastruktury kopalnianej.

Po stronie niemieckiej podobnym przykładem jest zalanie jednej z kopalń w pobliżu Żytawy. Procesy przekształcania terenów pogórniczych trwają więc już od pewnego czasu po obu stronach granicy.

Wieś, którą pochłonął las

Podczas badań spotkała Pani historię, która szczególnie zapadła Pani w pamięć? Historię łączącą węgiel, ludzi i naturę?

Katarzyna Majbroda: W wypowiedziach mieszkańców pojawiają się interesujące, czasem pozornie sprzeczne określenia krajobrazu. Z jednej strony mówią o nim jako o krajobrazie księżycowym, z drugiej – podkreślają, że jest piękny. Zwracają uwagę na bujnie rozwijającą się przyrodę i nie zawsze postrzegają te tereny wyłącznie przez pryzmat zniszczeń.

Szczególnie interesująca jest historia Wigancic Żytawskich, dawnej wsi zlikwidowanej na przełomie XX i XXI wieku w związku z działalnością kopalni Turów.

Przez lata, w procesie wydobywania węgla brunatnego, powstawało tam zwałowisko zewnętrzne. Składowano na nim nadkład, czyli warstwy ziemi i skał usuwane, aby dostać się do złoża węgla. Zwałowisko znajdowało się w pobliżu wsi.

Już ekspertyzy środowiskowe przygotowywane na przełomie lat 60. i 70. wskazywały, że ten twór pogórniczy może się osunąć i zagrozić istnieniu miejscowości. W związku z tym od lat 70. rozpoczął się proces stopniowego wysiedlania mieszkańców i likwidacji zabudowy. Burzono domy, a kolejne gospodarstwa znikały z krajobrazu.

Ostatecznie dawną wieś pochłonęła przyroda. Roślinność zaczęła przejmować dawne działki, ogrody i drogi. Kiedy wchodzi się dziś na teren Wigancic Żytawskich, odnosi się wrażenie, że wkracza się do lasu. Właściwie tylko gdzieniegdzie zachowane drzewa owocowe przypominają o tym, że kiedyś znajdowały się tam sady i gospodarstwa, w których żyli ludzie.

To bardzo ciekawy przykład przejmowania terenów poprzemysłowych przez naturę. Przyroda stopniowo zmienia tę przestrzeń, w pewnym sensie ją rewitalizując.

Można powiedzieć, że natura sama zaczęła naprawiać to, co człowiek przekształcił?

Katarzyna Majbroda: Można mówić o procesie samorzutnej regeneracji przyrody. Jedną z jej właściwości jest to, że miejsca opuszczone, ulegające ruinizacji, bywają stosunkowo szybko zarastane przez roślinność i stopniowo przejmowane przez inne organizmy.

Określam to jako kolonizację przyrody. Natura przejęła we władanie dawną wieś, a proces odradzania się tej przestrzeni trwa do dziś.

Ta historia pokazuje również, jak skomplikowane są relacje między człowiekiem a środowiskiem. Przyroda potrafi odzyskiwać przestrzenie, ale nie oznacza to, że wcześniejsze przekształcenia przestają mieć znaczenie. Odtwarzający się las nie przywraca automatycznie dawnego życia społecznego, nie zastępuje domów ani nie wymazuje historii wysiedlonych mieszkańców.

Jak może wyglądać przyszłość regionu Turowa – dla ludzi i przyrody?

Katarzyna Majbroda: Myślę, że powinniśmy patrzeć w przyszłość z optymizmem, ale jednocześnie nie romantyzować ani wydobycia węgla, ani przemysłu energetycznego. Kopalnie i elektrownie kiedyś będą musiały przestać działać. Wynika to zarówno z wyczerpywania się złóż surowców, jak i z ogólnoeuropejskich oraz globalnych dążeń do ograniczania emisji.

Jeśli chcemy chronić świat w perspektywie globalnej i planetarnej, musimy odchodzić od paliw kopalnych. Transformacja energetyczna regionu jest więc nieuchronna.

Nie może to być jednak transformacja przeprowadzana w sposób gwałtowny, bez uwzględnienia perspektyw mieszkańców, ich codzienności, doświadczeń, potrzeb, nadziei i obaw. Nie można patrzeć na region wyłącznie przez pryzmat wskaźników emisji czy terminów zamykania kolejnych zakładów. Trzeba również dostrzec ludzi, którzy przez dziesięciolecia budowali tutaj swoje życie.

Region ma ogromny potencjał – zarówno przyrodniczy, jak i turystyczny. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będziemy mogli obserwować kolejne etapy przemian, które nie pozostaną wyłącznie w sferze planów, lecz przyniosą konkretne korzyści mieszkańcom i środowisku.

Muzeum jako przestrzeń dialogu

Dlaczego wystawa „Życie na węglu” jest ważna dla Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu i dla regionu?

Julia Szot: Z wielu powodów współpraca z Katarzyną, pracowniczką Instytutu Antropologii i Etnologii Kulturowej, jest dla nas bardzo ważna.

Z jednej strony prezentujemy to, co dzieje się w naszym regionie. Głównym obszarem zainteresowania Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu jest Dolny Śląsk – jego losy, historia i przemiany.

Z drugiej strony szczególnie ważne jest dla mnie to, że wybiegamy w przyszłość. Perspektywa transformacji i pytanie o dalsze losy regionu stanowią punkt wyjścia dla tej wystawy.

U podstaw projektu leżała potrzeba interwencji, zabrania głosu i przedstawienia wyników badań. Chcieliśmy pokazać ich wielowątkowość, a także podkreślić potrzebę społecznego zaangażowania i lepszego zrozumienia całego procesu transformacji.

Jako muzeum realizujemy w ten sposób naszą misję prezentowania kultury i historii Dolnego Śląska, ale jednocześnie chcemy stać się przestrzenią dialogu społecznego. Zależy nam na tym, aby różne perspektywy mogły się spotkać, a głosy mieszkańców były słyszalne w rozmowie o przyszłości ich regionu.

 

 

Zdjęcia: Magdalena Lorek, Muzeum Narodowe we Wrocławiu

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

dwadzieścia − 13 =