Co dziś, w dobie kryzysu klimatycznego, możemy z tej ludowej mądrości zaczerpnąć? Dlaczego w świecie opisanym w trylogii Tolkiena zło jest suche lub wilgotne, skaliste lub piaszczyste, skarlałe lub monumentalne, a dobro – zielone, uporządkowane – opowiada Bratek Robotycki z Muzeum Etnograficznego w Warszawie.
Katarzyna Kamyczek: Jakie miejsce zajmowała przyroda – a zwłaszcza rośliny – w życiu codziennym i duchowym ludzi wiejskich dawniej?
Bratek Robotycki: Jak odpowiedzieć na to pytanie, by nie popaść w banał? Jednym słowem: ważne! W dwóch słowach: bardzo ważne! Przyroda dla człowieka żyjącego w przestrzeni o niskim stopniu uprzemysłowienia była obecna w każdym wymiarze i aspekcie jego życia. Jednakże była obecna inaczej, niż dziś o tym myślimy. Uproszczona mapa myśli obecności przyrody w życiu człowieka mieszkającego dawniej na wsi:
– pożywienie / wiedza / bieda / ekonomia
– leki / wiedza / zielarstwo
– sztuka i zdobnictwo / estetyka / władza
– architektura / rzemiosło / wytwórstwo / wiedza / gospodarka
– symbolika / magia / wiara / filozofia.
W jaki sposób motywy roślinne pojawiały się w twórczości ludowej – i co one symbolizowały?
Nie da się odpowiedzieć na to pytanie ostatecznie i jednoznacznie – motywacje można osadzić w kilku sferach. Jedną z nich jest doświadczenie twórcy lub twórczyni i obserwacja świata, inną – tradycja. Tzw. sztuka ludowa, to co dziś z nią kojarzymy, wywodzi się ze sztuki religijnej i użytkowej, w rozumieniu niezbędnej do podtrzymania praktyk kultu. W chrześcijańskim kręgu kulturowym rośliny są niezwykle mocno powiązane z bohaterami chrześcijańskiej mitologii – róża i lilia, by wymienić tylko te, to kwiaty Maryjne. Zresztą roślin maryjnych można by spokojnie ułożyć cały atlas gatunków. Różne gatunki drzew poprzez legendy o krzyżu powiązane są z Jezusem; kozieradka znana była jako boże ziółko, pierwiosnki czy bluszczyk kurdybanek odsyłały do postaci św. Piotra. Można też poszukać głębiej, bardziej naukowo lub psychologicznie – może chodzi o symetrię? Większość kwiatów i roślin ma budowę symetryczną – i to nie tylko zewnętrznie, bo wiele molekuł składających się na ciało rośliny, jak i nasze, to powtarzające się segmenty.
Natomiast co symbolizowały rośliny, możemy tylko skrótowo wspomnieć, bo symbolika i znaczenia są funkcją kontekstu i praktyki kulturowej:
– fiołek – pokora (chrześcijaństwo), miłość, ukojenie (Europa);
– lilia – dziewictwo i czystość (chrześcijaństwo), oznaka godności (stąd w wielu herbach, w tym królewskich – Europa);
– mak – łącznik światów, zapomnienie (wierzenia słowiańskie), pamięć i szacunek (Europa, I wojna światowa; Polska, II wojna światowa);
– lilia-lotos – kwiat solarny, stworzenie świata (hinduizm), kwiat boski (starożytny Egipt). Lilię, podobnie jak słonecznik – znak solarny, centrum, źródło oświecenia – cechuje tropizm, reakcja na światło słoneczne. Jakiego kwiatu brakuje? Róża – tu proszę już o własną pracę domową.

Czy w dawnych wierzeniach i opowieściach ludowych widać ślady szacunku wobec przyrody, który dziś nazwalibyśmy ekologicznym?
Nie, wprost bym tego tak nie określił. Jeśli już – to quasi-ekologicznym. Trzeba sobie uświadomić, że nawet dziś wiele osób nie ma świadomości głębi relacji w przyrodzie, której jesteśmy częścią. Wciąż stawiamy się na pozycji, jeśli już nie dominującej, to co najmniej z boku.
W dawnych wierzeniach i opowieściach przyroda często podkreślała ludzkie cechy – była zewnętrznym odbiciem tego, jak sami o sobie myślimy. Spójrzmy choćby na świat opisany w trylogii Tolkiena, czy ten z ekranizacji Jacksona – zło jest suche lub wilgotne, skaliste lub piaszczyste, skarlałe lub monumentalne, dobro – zielone, uporządkowane, zadbane i beztroskie. Zawsze niejednoznaczny jest las – przestrzeń mediacyjna, wprowadzająca, pochłaniająca: bezpieczny i niebezpieczny, wrażliwy i obojętny. Posługuję się obrazem tolkienowskim, bo jest łatwiej dostępny niż ludowe pieśni i podania. W nich przyroda najczęściej była metaforą naszych relacji, także seksualnych i matrymonialnych. Zrozumienia dla innych istot raczej brakowało – więcej go było w wiedzy i doświadczeniu, choć i tak przyroda miała przede wszystkim charakter użytkowy i praktyczny.
Jak twórczynie i twórcy ludowi patrzyli na rośliny – czy były one tylko dekoracją, czy miały głębsze znaczenie?
Odpowiedź na to pytanie znajduje się między wierszami wszystkich innych odpowiedzi. Patrzyli różnie: jedni przez własne doświadczenie, inni przez wiedzę z atlasów czy innych źródeł, jeszcze inni bezrefleksyjnie kopiowali tradycję, a niektórzy – kinetycznie, młotkiem i dłutem, pędzlem. Wszystkie te sposoby są równorzędne.
Czy ludzie dawniej patrzyli na naturę bardziej jak my dzisiaj (bez stawiania człowieka w centrum) niż ludzie w czasach industrializacji?
Tu znów odpowiedź nie jest jednoznaczna. Kontekst rozwoju przemysłu, sytuacja gospodarcza, wiedza fachowa, możliwości technologiczne – to wszystko jest nieporównywalne. Inaczej o krowie myśli posiadacz jednej czy dwóch, a inaczej – trzystu. Co innego o zbożu powie właściciel 2 hektarów, a co innego – trzystu. Dla jednego to życie, dla drugiego – pieniądze.
Co więcej, ten sposób myślenia i to, co wydarzyło się między epokami industrializacji a XXI wiekiem, to ta sama historia. To właśnie pozostałości tego światopoglądu pozwalają dziś powiedzieć o środowisku: „inni kopią węgiel, czemu ja mam nie kopać?”, „mam płacić podatki na parki narodowe – przecież samo rośnie!”, „jaki wzrost temperatury, przecież było -17 zimą!”, „jaka susza, jak w zeszłym roku zalało Dolny Śląsk?”. Denializm klimatyczny nazwałbym współczesnym rodzajem myślenia ludowego – myślenia przez pryzmat „ja” i ograniczonego terytorium.
Tak – w XVIII wieku las nie był zaśmiecony karoseriami czy oponami, ale znikał i wtedy, i też próbowano temu zaradzić. Najlepiej radziły sobie z tym Prusy, czego skutki zbieramy do dziś – leśna polityka gospodarcza, lasy użytkowe, monokultury leśne – wszystko to pomysły pruskie, ale wciąż chodziło o gospodarkę i cykl dostaw, nie o zrozumienie relacji bytów ludzkich i nieludzkich.
Przykład? Współczesne Tatry: regiel dolny – w teorii lasy mieszane, w praktyce głównie smreki (skutek gospodarki leśnej końca XIX wieku – huty potrzebowały paliwa), regiel górny – iglaste smreki plus polany (wypas owiec, polany powstałe wskutek wyrębu), hale – kosodrzewina (zarasta park od 1954 roku po ograniczeniu wypasu). Wyżej – gołoborza.
Co możemy dziś, w dobie kryzysu klimatycznego, zaczerpnąć z ludowego podejścia do świata roślin i natury jako całości?
Odpowiem na oba pytania, bo mają wspólny rdzeń. Jest nim wyobrażenie mitycznego ludu, który naturę ukochał, czerpał z niej siłę – w tym magiczną – a ta w zamian dawała mu żyć i go nagradzała. W myśli europejskiej to obraz kultury o określonym znaku, kształtowany od romantyzmu, przez oświecenie, aż po lata 70. XX wieku. Jednak jest on nieprawdziwy. Wierzeniowe relacje z naturą, choć podbite wiedzą praktyczną, nie musiały oznaczać zrozumienia złożoności świata – raczej uproszczony obraz, którym łatwo manipulować i przemocą podporządkowywać.
To zależy, jak zdefiniujemy „ludowość”. Jeśli oznacza kumulację doświadczenia i wiedzy, nieograniczoną czasem i geografią – to tak, możemy zaczerpnąć dużo. Odpowiednikami „naszego ludu” są kultury rdzennych mieszkańców Ameryki, Australii, Syberii. Dopuszczenie innego widzenia świata, wielość perspektyw, może zaowocować głębszym zrozumieniem: stąd choćby myślenie o podmiotowości rzek (Maorysi, Whanganui, 2017), zmiana podejścia do zwierząt – z „pets” na towarzyszy. Współcześnie świat nauki w znacznej mierze zastępuje wiedzę ludową badaniami i eksperymentami, skracając czas poznania zależności i tłumacząc je procesami fizycznymi i chemicznymi. Dzięki temu ratuje życie. Nie wiemy, ile osób zmarło, zanim poznano toksyczne substancje w grzybach, ale z drugiej strony tym, którzy przeżyli, zawdzięczamy choćby wizje.
Widzenie całości nie będzie nam nigdy dostępne – oznaczałoby koniec nauki. Świat wymaga głębszego wejrzenia, które zawęża przedmiot badania, ale poszerza przestrzeń oddziaływania. Tak stało się w badaniach nad przyrodą: poznając rośliny, dostrzegliśmy grzyby.
Spojrzenie ludowe to z jednej strony praktyczna wiedza przodków, z drugiej – system chrześcijański, którego fundamentem było podporządkowanie. W wyniku ich połączenia powstały działania nastawione na kontrolę i traktowanie przyrody jak zasobu – bez refleksji o jego skończoności. Konsumpcja zasobów wzrosła jeszcze bardziej, gdy do tego doszedł kapitalizm. Przykład? Ciała roślin – czy je tak naprawdę znamy? Trudno nam uwierzyć, że roślina, grzyb czy porost mogą „postrzegać” świat, jakoś go „czuć”. Myślimy o nich jak o biochemicznych maszynach – nie szukamy relacji. Gdybyśmy myśleli tak o kulturze ludowej, wnioski płynęłyby raczej z jej zaprzeczenia. Jednym słowem: jeśli kulturę ludową zrozumiemy jako jasno zdefiniowany konstrukt, nie przybliży nas on do zrozumienia natury.

Czy takie wystawy, jak „Dwie dusze twórcy ludowego” (trwała pod koniec 2025 roku w Muzeum Etnograficznym w Warszawie) może nas czegoś nauczyć o życiu w większej harmonii z przyrodą – mimo że przedstawia dawne czasy i dawne dzieła?
Co do dawnych czasów i dzieł – nie są one tak odległe, ledwie 50 lat temu z drobnymi wyjątkami. Takie było założenie kuratorki. Odnosząc się do pytania: na pewno nie był to cel wystawy. Zastanawiające jest jednak to, że w wielu pracach odnajdujemy ślady przyrody: rzeźby ptaków, rozpoznawalne gatunki roślin, ogólne ujęcia, a nawet naturę bajeczną czy wyobrażoną. To skłoniło mnie, by się temu przyjrzeć. Można zadać pytania: co skłoniło twórców do sięgania po motywy roślinne? Czemu wybrali akurat te? Jaką rolę odgrywały bioelementy w całym dziele? Czy były tylko reprezentacją czegoś, roślinami samymi w sobie, czy wypełniającym przestrzeń detalem?
Czy wystawa może nas nauczyć współistnienia? Bezpośrednio nie. Ale jeśli podejdziemy do niej krytycznie i nastawimy się na tę naukę – to co innego.
Trzeba pamiętać, że dominujący okres historyczny to lata 70. XX wieku. W tym czasie mamy dwa kryzysy paliwowe, rozbudowę sieci gazowych między ZSRR a Europą Zachodnią, gospodarczy oddech po II wojnie światowej (Japonia, Europa Zachodnia, Nigeria), wzrost wydobycia węglowodorów. W Polsce rekord wydobycia węgla padł w 1979 roku, rozwijano sieci gazowe (w 1975 roku – ponad 9000 km), ukończono budowę ropociągu „Przyjaźń”. Równocześnie pojawiały się pierwsze alarmujące opracowania o wpływie człowieka na środowisko (Wallace Smith Broecker, „globalne ocieplenie”).
Kiedy zestawimy te obrazy świata, może się wydawać, że sztuka ludowa jest bliżej natury – choćby przez motywy roślinne. Jednak daleko jej do rozumienia relacji człowieka i przyrody w kategoriach harmonii. To rodziłoby dysonans poznawczy twórców – wokół nich istniało intensywne rolnictwo, PGR-y, pestycydy, a oni mieliby jednocześnie symbolizować rozumienie przyrody? Przydomowe ogródki Pęksowej czy Curyłowej mogły wydawać się przejawem harmonii – ale były raczej obrazem panowania i kreacji w mikroskali. Obecność roślinności w tej sztuce widzę raczej jako: odpowiedź na oczekiwanie mecenatu państwowego, indywidualną fascynację (Albiczuk, Curyłowa, Pęksowa), sposób widzenia świata, powielenie wzoru.
Na koniec warto pamiętać, że zakładałem modelowy, prawdopodobnie nieistniejący obraz relacji między człowiekiem a przyrodą – obraz, któremu etnografia przez lata dopisywała określenie „ludowy”. Ciekawostką jest, że „ludowym” można by nazwać zarówno życie człowieka, jak i roślin – bo i jeden, i drugi byt był wpisywany w pewne przestrzenie działania, a samo działanie było w pewien sposób zdeterminowane przez niezliczoną liczbę czynników.





