Piszę dziś trochę pod wpływem impulsu. Myśli nie do końca mam uporządkowane. I na dobrą sprawę nie wiem czy zdołam oddać to, co czuję. Chcę napisać o radości, o utracie i o nadziei. Dziwne zestawienie, prawda? No bo jak utratę zestawić koło radości z nadzieją w tle?

Nie dalej jak wczoraj, podczas chwilowego scrollowania Facebooka, wpadł mi w oko cykl filmików pokazujących radość spotkania rodzin z żołnierzami powracającymi do domu z misji wojskowych. Wiele tam było spontanicznej, eksplodującej radości, wylatujących pod niebiosa i ściskających gardło wzruszeń, łez i zduszonych płaczem okrzyków. Dzieci rzucały się w ramiona ojców, matki ściskały synów, siostry całowały braci, a starsi bracia młodsze siostrzyczki.

Widać, że to powroty albo po długiej nieobecności, albo (może, tak sobie dopowiadam) z trudnych misji, podczas których było groźnie. Ale radość zawsze taka sama. Niezwykła, mocna i szczera.

Naszła mnie taka refleksja, że my wszyscy, którzy nie przeżywaliśmy takiej rozłąki, którzy nie przeżyliśmy takiej utraty bliskości kogoś przez kilka tygodni, miesięcy, lat (?) nigdy nie poczujemy takich głębokich odczuć. Wszyscy ci, którzy przyzwyczaili się do tego że ich nadzieja na szybki powrót kogoś bliskiego jest płonna, nie doznają takiego niezwykłego zawrotu głowy ze szczęścia.

A może powinniśmy – po to, by zrozumieć wartość bycia z kimś, kto jest dla nas ważny, choć tego nie widzimy? To dotyczy małżeństwa, które w pewnym momencie przestało siebie nawzajem doceniać. To może być grono przyjaciół, którzy wzajemnie sobie spowszednieli. Ale to może być również „zwykłe” koleżeństwo, partnerstwo w pracy i współpracy. Skoro mamy ich wszystkich koło siebie, „zawsze mieliśmy” i „zawsze mieć będziemy”, to tracimy umiejętność dostrzegania ich wartości, którą może właśnie docenilibyśmy wówczas, gdyby ta bliskość się skończyła albo chociaż czasowo przerwała.

Dajemy się unosić złym emocjom, dajemy się wciągać w nie nasze wojenki i spory, zaczynamy nad miłość, przyjaźń i partnerstwo przedkładać nie nasze nawet emocje. Albo ktoś chce komuś coś udowodnić, albo zemścić się za małe w sumie przewiny. Ludzie stają się nieszczerzy, klepią się po plecach i „doceniają” (werbalnie tylko), a potem, parę dni lub godzin później angażują się w nieswoje spory. Zamiast rozmawiać, zaczyna się obgadywanie, zamiast współpracy – wsadzanie kija w szprychy. Często zgadzamy się na role marionetek w nie naszym teatrze.

Ile projektów ekologicznych padło, bo „ktoś miał coś” do kogoś? Ile razy coś nie wyszło, bo ktoś komuś pozazdrościł pozycji, wiedzy, a nawet popularności? Ile razy, ktoś, kto nie zgadzał się z innymi w projekcie, poszedł na zwarcie z innymi, by projekt wysadzić w powietrze? Ile razy zdarzyło się, że ktoś próbował „sprzątnąć” komuś projekt spod nosa, przy którym nawet się nie napracował, bo uznał, że „on chce”?

Pamiętam znalezione kilka lat temu w necie przejmujące przesłanie wygłoszone przez kobietę siedzącą na wózku – przez co wydaje się podwójnie przejmujące – która mówi, że na każdej (naszej) drodze do sukcesu zawsze jesteśmy „my”. Nie „ja”, nawet wówczas, gdy myślisz, że coś osiągnąłeś sam. Nie. Zawsze przy tobie stał ktoś inny. Może nie stał przed tobą i tego nie pamiętasz; może po prostu stał za tobą, może wsparł cię kiedyś, a może tylko się za ciebie modlił. Ale zawsze ktoś taki był. Nigdy kogoś takiego nie zapominaj. Nigdy.

I dodam od siebie: życie jest zbyt piękne, zbyt piękne jest całe to dzieło stworzenia, które dostaliśmy od Stwórcy, by kłócić się o to, kto był pierwszy i najważniejszy. Na Ziemi jest miejsce dla wszystkich. Wszyscy się zmieścimy bez przepychania, bicia, okrzyków, bez zazdrości i odgrywania nieswoich scen. Te złe role zostawmy złym ludziom – sami się kiedyś wypalą. Wybierajmy dobre miejsca, dobrych ludzi i cieszmy się tym, co mamy. A wszystkim będzie nam lepiej.

 

 

 

fot. Hudson Hintze / unsplash.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

8 + dwa =