Po ostatnim gotowaniu zupy zostało mi trochę marchewki, selera korzeniowego, pietruszki i selera naciowego. Patrzyłam w ten zestaw jak zaczarowana i intensywnie zastanawiałam się, co z niego zrobić. Na surówkę było tego za dużo. Wyszłaby góra albo nawet cało pasmo górskie surówki, której nie miałby kto zjeść. Ten szczyt byłby zdecydowanie nie do zdobycia.
Zerknęłam na to, co jeszcze mam w lodówce, a co by pasowało do tego zestawu. Otwarta śmietanka osiemnastka. Na blacie szklanka z resztką natki pietruszki. Pomyślałam nieśmiało: A gdyby zrobić z tego zupę? Warzywną… zabieloną śmietanką… z posypką z zieleniny? Może dorzucić do niej trochę parmezanu i soku z cytryny, aby całość nabrała bardziej drapieżnego charakteru? A jako wkładkę dodać kaszę gryczaną? Nagle uderzyła mnie wątpliwość. Znowu zupa? Wczoraj i przedwczoraj była zupa. Ugrzęznę w garnku z płynną nudą. Może lepiej usmażyć kotleta (tak jakby kotlet był szczytem kulinarnego zaskoczenia), a z tymi warzywami coś się zrobi? No coś się zrobi. Kiedyś. W niedalekiej przyszłości. No przecież, że ich nie wyrzucę.
Stałam tak przez chwilę i dyskutowałam z wewnętrznymi imperatywami w mojej głowie toczącymi tyradę na temat monotonii jadłospisu i wyższości kotleta nad zupą. Racjonalizowałam to, że z pewnością zjem kopiastą miskę surówki (mimo, że przed chwilą sama stwierdziłam, że przecież nie zjem), gdyż surowizna to zdrowie, błonnik, witaminy i mniejszy wyrzut insuliny. Oczyma wyobraźni widziałam szczęśliwą siebie, trącą warzywa na mandolinie. Muszę przyznać, że wyobraźnię mam przebogatą. Gdy w swoich wizjach dobrnęłam do momentu, gdy niczym Demeter tańczę wśród pól marchwi i selera, z tarką do warzyw w dłoni jako atrybutem zdrowego odżywiania, stwierdziłam, że jednak zrobię tę zupę. Tak! Po raz kolejny będzie zupa! Gdyż jest dobra! I mam wszystkie składniki! Nie muszę iść do sklepu! Nic się nie zmarnuje! A poza tym to ja tu decyduję i z pełnym przekonaniem stwierdzam, że z tych warzyw łatwiej mi zrobić zupę niż cokolwiek innego. Będzie idealna na lunch. Przecież nie musi być po raz kolejny na obiad.
Jaki z tego wszystkiego wniosek? Ano prosty i w sam raz dla leniwych. To, co zostaje ci w lodówce to zasób, który można spożytkować w najprostszy dla ciebie sposób. Najprostszy. Użyj go tak, aby się nie narobić, nie wyrzucać tego, co jest na stanie, a mieć pełny żołądek. Połącz to, co już masz i stwórz coś, czego przygotowanie będzie dla ciebie, jeśli nie przyjemne, to zwyczajnie proste w obsłudze. To przecież może być dowolny posiłek w ciągu dnia. W takiej formie, jaka jest dla ciebie wygodna. Bez presji, za to z poszanowaniem składników i w zgodzie z tym, ile masz energii na stanie przy garnkach i co masz ochotę zjeść. Po prostu po Twojemu.
Zdjęcie tytułowe: https://unsplash.com/@gardiept





