Nie ma co, krajobraz nam się zmienia. Przed świętami zaiskrzyło. Jak to zimą. Gdziekolwiek się nie rozejrzymy – biało. Jasne, z czerwienią, błękitem i zielenią, ale i tak wszystko iskrzy.

Nie, wcale nie śnieg – reklamy (przed)świąteczne. Robi się biało (od sztucznego śniegu), czerwono od Mikołajowych ubiorów i niebiesko od kolorów opakowanych (reklamowanych) prezentów. Wszędzie rozlegają się charakterystyczne dzwonki, słuchać Mikołajowe: ho, ho ho!

Lata temu sklepy zmieniały wystroje na początku grudnia, dziś miewam wrażenie, że niektórzy z trudem tolerują 1 listopada i Wszystkich Świętych, bo to przeszkadza w wykładaniu oferty świątecznej już w październiku. Owszem, niektórzy śmiałkowie robią to już na początku roku akademickiego, jakby się bali, że studenci wyjadą i nic u nich nie kupią.

W wielu polskich miastach powstają osady w rodzaju „Betlejem Poznańskie” (winiarnia, piekarnia, pizzeria, cukiernia, sklep z rękodziełem, kebab, jarmark ze „zdrową żywnością” w jednym), na ulicach pojawiają się „korowody św. Mikołaja” i inne atrakcje. Słowem – święta w pełni.

Razem ze sztucznym śniegiem, plastikowymi choinkami i powtarzalnymi do znudzenia ho, ho ho, Last Christmas Wham!, All I Want for Christmas Is You Mariah Carey i (czasami) Merry Christmas Everyone Shakin’ Stevensa narasta fala lamentów o tym, jak ginie „duch świąt”, cokolwiek to znaczy. Słyszę narzekania, że święta tracą swój charakter, że Narodzonego mniej niż coca-coli, że sztuczność zabija „naturę świąt” (to co takiego??). Że za dużo amerykanizmów, a za mało rodzimych narracji. I w końcu: że święta się za mocno komercjalizują!

Ale zaraz, zaraz… Czy dzieje się to tak samo z siebie? Że święta kończą same z sobą z własnej inicjatywy? Że plastik spada nam z nieba? Ze wszystko dzieje się tak ot przypadkowo? No nie …

Może warto zastanowić się nad tym, ile w tym naszej „zasługi”? Czy to nie wielu z nas chodząc do „betlejach” (tak to się odmienia?) przykłada swoje ręce do dewastacji „ducha świąt”? Czy to nie my godzimy się na wymyślne opakowania, ozdobniki, wstążki, wstążeczki na prezentach, które po wszystkim trafiają – bez segregacji – do śmietnika? A może to właśnie my, kupując coś już na początku listopada, budujemy i konserwujemy falę komercjalizacji świąt?

Spójrzmy na siebie w lustrze i zacznijmy tam lamentować nad zepsuciem „natury”, „ducha” – czy czego tam – świąt? Słyszycie się?

Kupowanie prezentów świątecznych, wychylenie kufla grzańca na jarmarkach przedświątecznych nie zabija żadnego nastroju świąt, pytanie tylko co jest dla nas ważniejsze: komercja czy „duch świąt”. Na ile chronimy autentyczną naturę świąt, a na ile dajemy się zarzucić wrzaskiem, chwilowymi błyskotkami i ułudą szczęścia.

Wszystko można pogodzić. Ale trzeba sobie spojrzeć w lustro i odpowiedzieć na pytanie: jakich świąt chcemy? Ale uczciwie…

 

PS. Ani razu nie użyłem w tekście słowa „Boże Narodzenie”, zauważyliście?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

trzynaście + jedenaście =