Ekologia pokorna? Już wiem, kto i jak mnie zaatakuje: Jaka pokora? Tu trzeba walić pięściami w stół w rozmowie z urzędnikami, a nie by pokornym! W czym ty chcesz być pokornym? Nie ma czasu! Pokora? A co znaczy? Chcesz się wycofywać, gdy inni atakują i dewastują Ziemię? Jaka pokora? To dezercja!
Pokora nie jest dziś w modzie. Brzmi staroświecko i bardzo podejrzanie, bo wielu rzeczywiście uznaje ją za rezygnację, poddanie się i przyjmowanie pokornie ciosów od tych, którzy nie mają dylematów moralnych i żadnych zahamowań w dewastowaniu środowiska. Ja jednak nie o tym myślę, nie tak myślę i nie mam zamiaru poddawać się dyktatowi – ani tych, co dewastują przyrodę, ani tych, co w jej obronie będą namawiali do notorycznej wojny.
Przez media przetaczają się aktywiści, publicyści, politycy, którzy brylują „na szybko”, powierzchownie przedstawiając argumenty, nie dbając o rzeczowy przekaz. W czasach clickbaitowości może to dobra taktyka na szybkie wypromowanie się, ale bardzo szkodliwa – bo te same media dziś udające, że wsłuchują się w takie głosy, jutro tych samych obrońców będą zawzięcie krytykować, gdy się okaże, że naruszają interesy ich reklamodawców.
Im dłużej temu wszystkiemu się przyglądam, tym częściej mam poczucie, że w tym języku brakuje jednego zasadniczego tonu: uznania własnej ograniczoności. Pokory właśnie.
Ekologia pokorna zaczyna się od prostego zdania: „nie wiemy wszystkiego”. A czasem – wiemy bardzo mało. Ekosystemy i siedliska nie są maszynami, które można rozebrać na części i złożyć ponownie według instrukcji a la Ikea. Są komponentami o bardzo różnych relacjach, zależnościach, zmianach wynikających z czynników wewnętrznych i zewnętrznych, nad którymi nie mamy pełnej kontroli. Pokora polega na przyjęciu tego faktu bez frustracji, ale i bez pychy.
To także uznanie, że człowiek nie stoi ponad światem przyrody, nawet jeśli przez chwilę tak mu się wydawało. Nie jesteśmy menedżerami planety, lecz jednym z jej mieszkańców – zależnym od wody, gleby, pogody i klimatu, innych gatunków. Możemy być opiekunami i ogrodnikami, ale nigdy władcami, nawet jeśli taki przekaz uwielbiają „mocni panowie o silnych muskułach” maszerujących hardo po ulicach. Pokora nie odbiera nam sprawczości, ale nadaje nam mocne podstawy do aktywności na rzecz ochrony i obok pytania „jak naturę naprawić?, stawia nam również i takie: „jak nie dopuścić do jej dewastacji?
Pokora oznacza świadomą refleksję, że nie każde rozwiązanie musi być spektakularne i innowacyjne (bo często to tylko puste słowa); że wielokrotnie to ciężka, żmudna i długotrwała praca, bez szybkich fajerwerków.
Pokora uczy cierpliwości. Przyroda nie reaguje w rytmie kadencji politycznych ani naszych harmonogramów. Drzewo nie przyspieszy wzrostu dlatego, że bardzo nam na tym zależy, rzeki być może nie uda się renaturyzować w jednym sezonie.
I wreszcie: pokora uczy nas tego, że nasze codzienne wybory konsumpcyjne może „nie zbawią świata”, ale mogą go mniej niszczyć. Pokora to też refleksja, że nie zawsze musimy mieć rację, odpowiedź i plan.
Pokora to też – długie czasami, owszem – czekanie na to aż ci wszyscy pyszni, butni i zachłyśnięci swoją (złudną) wielkością potkną się i upadną, i udowodnią, że to jednak my mieliśmy rację.
Pokora nie oznacza dezercji, bo nie rezygnuje ze starań o lepszą przyszłość. Ona przydaje nam realizmu w tym co już mamy, czego nam brakuje, w czym jesteśmy słabi, a w czym mocni. Tylko z taką świadomością możemy wygrywać przyszłość dla ekologii.
Pokora nie jest też żadnym wezwaniem do zatrzymania się, czy spowolnienia, bo pokazuje gdzie możemy przyspieszyć albo gdzie zwolnić i uzupełnić zapasy. Dla zwycięstwa.
Ekologia to wiedza, mądrość, technologie, narzędzia, mechanizmy, wartości, praca. Ale to też pokora. Nawet jeśli nie jest atrakcyjna.
fot. tytułowa: Leonid Privalov | unsplash.com





