Maj pachnie bzem i świeżą zielenią, a w tle wraca stara pieśń: „Chwalcie łąki umajone”. To czas, gdy duchowość wychodzi z wnętrz i rozlewa się w naturze — między trawy, drzewa i przydrożne kapliczki. Właśnie tam zaczyna się też opowieść o zniszczonych figurkach Matki Boskiej, które zamiast zniknąć, trafiają w ręce artystki — Weroniki Leczkowskiej. Czy duchowość, podobnie jak natura, potrafi odradzać się poprzez twórczy recykling?

Katarzyna Kamyczek: Ile figurek udało Ci się do tej pory odnowić? 

Weronika Leczkowska: Właśnie skończyłam 215 -tą. Pewnie bym tej liczby nawet w przybliżeniu nie znała (dla mnie to kompletnie nieistotne), gdyby nie mój mąż-fotograf, który każdą zapisuje swoim obiektywem i kataloguje.

Dlaczego zaczęłaś to robić – czy był jakiś szczególny moment albo impuls? 

Od bardzo wielu lat moją wielką miłością jest natura, która obdarowuje mnie spokojem. Podróżuję więc rowerem po (dalekich i bliskich) lasach i łąkach. Po drodze mijam małe miasta i wsie, w których również odkryłam coś dla siebie: w starych, opuszczonych domach oglądam „przemijanie” czyli to, co po nas zostaje: stary stół, łóżko, koszula w szafie, dzbanek, listy od dzieci… Staram się nie naruszać tych miejsc, zostawić je takimi, jakimi były przed moim przyjściem. Zanim jednak wyjdę chcę, by zastane przedmioty opowiedziały mi historię tego miejsca. Delikatnie otwieram więc szuflady, zaglądam do piwnicy i na strych. Z zastanych tam artefaktów układam historię życia osób, które zamieszkiwały tę przestrzeń.

Właśnie na strychu takiego  „urbeksu” znalazłam tę „pierwszą”  Maryjkę. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego ją zabrałam (przecież nigdy nic z takich miejsc nie biorę!), może dlatego że była potłuczona? Jestem uzdolniona manualnie, naprawiłam ją więc i odnowiłam. Oczywiście po swojemu. Ten proces był dla mnie tak przyjemny, że zdobyłam następną Maryjkę, już nie z urbeksu.

Czy to dla Ciebie bardziej natchnienie, duchowość czy sztuka? 

To co robię jest przede wszystkim  cudowny czas relaksu. Każdy powinien dążyć do tego, by mieć taką pasję, która go absolutnie odpręża i pochłania. Ja swoją już mam.

Twoja praca to nie są „klocki LEGO” – czy podczas tworzenia towarzyszą Ci szczególne emocje? 

Jestem ateistką, nie ma we mnie religijnych emocji związanych z tworzeniem na nowo moich figurek. Mam jednak podczas pracy czas szczególny, gdy mogę w spokoju prowadzić swój wewnętrzny dialog. Figurki które powstają niosą jednak w sobie głęboki przekaż: to mój sprzeciw przeciw ludzkiej ksenofobii i rasizmowi. Dlaczego osoby religijne uznają, że Matka Boska z czarną twarzą jest profanacją religijną? Czy w ciemnym  kolorze skóry jest coś gorszego? Dlaczego Maryjka nie może mieć kolorowej sukienki, spodni, czy tatuażu? W czym to uwłacza?

Czy podchodzisz do każdej rzeźby w ten sam sposób? 

Proces twórczy to  są zawsze moje emocje. Każda figurka jest więc inna, bo towarzyszą jej inne emocje. Każda ma swoją własną historię powstawania, którą spisuję i dołączam – dla mnie to nierozerwalny element procesu tworzenia. 

Skąd trafiają do Ciebie te figury i co sprawia, że wybierasz akurat tę? 

Kiedyś figurka Maryi była obowiązkowych elementem każdego domostwa, dziś domowe kapliczki odchodzą w zapomnienie, figurki walają się po stodołach. Część figurek przywożę z moich „dzikich”  podróży, część trafia do mnie bezpośrednio od ludzi znanych i nieznanych: zawsze gdy jestem w drodze pytam, zostawiam kontakt.

Co dla Ciebie znaczy „drugie życie” tych obiektów? 

Gdyby nie moja praca już by ich nie było: często dostaję tak zniszczone i rozczłonkowane, że z pewnością wylądowałyby w koszu. Drugie życie to inne życie. Często nie związane już z pierwotną, religijną funkcją, ale to nie jest reguła. 

Czy w tej pracy łączysz naturę i duchowość? 

Hm, natury nie ma tu za wiele, choć ta z pewnością jest moją inspiracją. Duchowość jest tak szerokim pojęciem, że mogę potwierdzić, choć z pewnością nie o wymiar religijny mi chodzi.

Czy odbiorcy w Polsce są otwarci na Twoje prace? 

Raczej tak. Oczywiście spotykam się z krytyką, ale to chyba normalne życie każdego artysty? Moje prace nigdy nie są wulgarne, w moim poczuciu nie obrażają niczyich uczuć religijnych. Ale to nie moje zdanie jest tu ważne, a odbiorcy. Są więc niezadowoleni, są nawet tacy, którzy życzą mi piekła.

Czy zdarzyło Ci się kogoś zaszokować swoimi realizacjami? Jeśli tak – czym najbardziej? 

Szoków nigdy nie odnotowałam. Chyba. To ja zwykle przeżywam szok, gdy moje prace są chwalone. Szczerze nie spodziewałam się takiego rozwoju wypadków: z wykształcenia jestem matematykiem, nie artystką.

Masz swoją ulubioną wersję Matki Boskiej? 

Tak. Matka Gwadelupańska. W tym obrazie tyle się dzieje… do tego jest bardzo ciekawy kontekst historyczny: w czasie tworzenia tego obrazu trwała rzeź Indian Ameryki Południowej. W imię nawracania do Boga. Straszny okres w historii Kościoła.

Co czujesz, kiedy figurka dostaje nowe życie – radość, satysfakcję, coś jeszcze?

Ogromna satysfakcja. Zwykle z zakończonym „remontem”  w mojej głowie też coś się „domyka”. Czasami to drobiazg, czasami gruba sprawa. Dojrzewam?

 

Zdjęcia Autorki. Polecamy stronę artystki: holymothers.art

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

cztery × 2 =