Jacek Bożek, założyciel Klubu Gaja, od ponad 40 lat walczy o przyrodę i drzewa – sadzi je, chroni i opowiada ich historie, by jednoczyły ludzi. Na Drzewie Franciszka dzieli się refleksjami po tegorocznym spotkaniu w Karpaczu (*), gdzie brał udział w panelu pt. „Jak pogodzić ekologię z codzienną wygodą”.
Interesujący tytuł, ale nie bardzo go rozumiałem, bo co właściwie znaczy „wygoda”? Dla każdego coś innego – dla człowieka z małej miejscowości w Polsce, dla mieszkańca Warszawy, a co dopiero na świecie. To zupełnie inne interpretacje.
Tytuł panelu zainspirował mnie jednak czymś innym – powiedzeniem: jaka przyszłość, takie młodzieży chowanie. W spotkaniu brał udział młody człowiek, który poruszył sprawę akcji tzw. ostatniego pokolenia. Walczą o to, by zmiany klimatu stały się jednym z podstawowych tematów rozmów polityków. A przecież na kongresie w Karpaczu mieliśmy ekonomistów, polityków, dziennikarzy – wszystkich, którzy chcieli się pokazać. I nagle w tej scenerii rozmowa o ostatnim pokoleniu.
Wcześniej, z własnej inicjatywy, zrobiłem dla siebie wywiad wśród młodych ludzi – pytając, co sądzą o ostatnim pokoleniu. Dla wielu osób starszych jest to nie do przyjęcia: ktoś skacze na samochód, nie pozwala jechać, niszczy jakieś dobra. Większość młodych, z którymi rozmawiałem, odpowiadała krótko: „my nie mamy innego wyboru”. I na kongresie w Karpaczu przekonałem się, że naprawdę nie mają wyboru.
Cały biznes nastawiony jest na to samo, na co był nastawiony przez dziesiątki lat: musi być profit, musi być zysk. Jak nie ma zysku – wiadomo, jak zachowują się akcjonariusze. Więc w jaki inny sposób młodzi mogą działać, skoro nikt ich nie słucha, a starsze pokolenie – syte, zadowolone, zrealizowane, często bardzo bogate – nie chce ich słuchać?
A tu nagle wychodzą młodzi i mówią: „musimy zmienić tory cywilizacji”. Jak zmienić tory cywilizacji? Na pewno nie rozmawia się o tym na takim kongresie. Tam raczej zastanawiano się, jak poprawić te same tory, które – moim zdaniem – prowadzą nas ku naprawdę wielkim kłopotom klimatycznym.
Nie przez przypadek naukowcy mówią o katastrofie klimatycznej. Tory, którymi się poruszamy, wiodą nas właśnie ku niej. I wszystko to dzieje się w anturażu polityczno-ekonomiczno-kulturowym, który nie ma nic wspólnego ze zmianą. Nie ma tam najmniejszej przestrzeni na rozmowę o zmianie – bo trzeba by wtedy mówić o naprawdę poważnych procesach politycznych i gospodarczych.
Najprawdopodobniej nie da się już tego zrobić małymi krokami. Straciliśmy dziesiątki lat. I właśnie dlatego, biorąc udział w tym wydarzeniu, chciałem sprawdzić, jak to wygląda u tych, którzy teoretycznie mogliby coś zmienić. Dlatego się zgodziłem pojechać do Karpacza.
Trochę jednak poczułem się jak maskotka. Przyjechał Jacek Bożek, coś nam powie. W programie – ekolog, który ma osiągnięcia i sukcesy. Ale tak naprawdę – dostawka. Przypadkowa dostawka do tego business as usual, który było czuć i słychać wszędzie.
W trakcie paneli większość osób tłumaczyła się kłopotami: z pracownikami, z tym, że sztuczna inteligencja zaczyna odbierać pracę. Wszyscy mówili o problemach. A na końcu, jak to często bywa, dostałem pytanie – a może nawet prośbę – od prowadzącego: „proszę powiedzieć coś pozytywnego, bo trzeba być pozytywnym”.
I wtedy odbywa się teatr. Nie jednego aktora, ale kilku, którzy powtarzają: „my, Polacy, jesteśmy tacy twórczy, będzie dobrze”. To dla mnie niezwykle głębokie doświadczenie. Czego? Przymusu mówienia, że będzie dobrze. A to nas usypia. To nas czyni bezzębnymi i bezbronnymi.
Nie możemy wciąż powtarzać, że będzie dobrze, skoro brakuje nam rzeczy podstawowej – wody. Skoro zimą nie ma śniegu. I co będzie za rok czy dwa, kiedy tego śniegu wciąż nie będzie? Powiedziałem, że może w końcu rolnicy się zbuntują. Bo jeśli zabraknie wody – dla nich to koniec.
W drodze powrotnej do domu przypomniał mi się wiersz Czesława Miłosza, genialnie ilustrujący współczesną troskę o środowisko. „Piosenka o końcu świata”. Wspaniały, cudowny utwór, który noblista napisał, patrząc na płonące getto, a obok – na ludzi bawiących się na karuzeli. I właśnie tak mi się to skojarzyło: nasz świat płonie w sposób dosłowny. Nie mówię przenośniami. Powtórzę: świat płonie dosłownie. Woda paruje, lasy płoną, a my wciąż krążymy na karuzeli…
(*) 4. Forum Ekonomiczne w Karpaczu





