Stonka ziemniaczana, niewielki żuk żerujący na polach kartofli, stała się jednym z bohaterów absurdu PRL-owskiej propagandy. Choć książka „I rak ryba. Stworzenia polityczne PRL-u” Moniki Milewskiej to nie tylko historia stonki, ta drobna istota – wpleciona w szeroką narrację o mitach, iluzjach i groteskowych obietnicach epoki – zasługuje na szczególną uwagę. Dlaczego? Bo jej „kariera” na polskich polach kartofli to coś więcej niż walka z rolniczą plagą; to część szerszej opowieści o strachu, manipulacji i narodowej wyobraźni. No, i ziemniak był najważniejszym warzywem jadalnym, stanowiącym po wojnie podstawę diety społeczeństwa. 

Walka ze szkodnikiem

Latem, gdy słońce prażyło ziemię, w wielu polskich wsiach i na działkach pracowniczych – modnych w PRL-u rozgrywał się swoisty rytuał. Dziadkowie w słomkowych kapeluszach, z wiadrami i słoikami w rękach, ruszali między rzędy ziemniaków, pochylając się nad roślinami w poszukiwaniu nieproszonych gości – stonki ziemniaczanej. Dzieci, które zwykle biegały wokół i śmiały się w głos, tym razem pomagały, choć bardziej z ciekawości niż obowiązku.

„Patrz, tu jest cała rodzina!” – wołała babcia, wskazując na liście oblepione żółtymi jajeczkami. Wtedy wszyscy brali się za zbieranie: dorosłe żuki, larwy i te charakterystyczne złociste jaja, które zrywano ostrożnie, by nie pominąć żadnego. Zebrane stonki trafiały do słoików wypełnionych wodą, czasem z odrobiną nafty, co dzieciom wydawało się niemal magicznym eliksirem.

Choć dziś brzmi to jak scena z opowieści retro, wówczas walka z tym upartym szkodnikiem była codziennością. W Polsce Ludowej w mieście i  na wsi ziemniaki były podstawą każdego obiadu, stonka była wrogiem numer jeden. Ale mimo znużenia pracą, zbieranie stonki stało się też pretekstem do opowieści – o dawnych czasach, żniwach i o tym, jak „Amerykanie zrzucali stonkę z samolotów”. Te wspomnienia, choć pełne absurdu, do dziś budzą uśmiech i ciepło w sercach tych, którzy pamiętają wakacje spędzane na wsi w czasach PRL-u.

Precz z kapitalistycznym złem

Stonka ziemniaczana przybyła do Polski w szczególnym momencie – gdy gospodarka PRL-u potrzebowała wroga, a społeczeństwo mobilizacji. Przez państwowe kroniki filmowe przewijały się obrazy „imperialistycznego żuka”, zrzucanego na polskie pola przez amerykańskie samoloty. 

„Amerykańskie zrzucały na pola szkodniki, te radzieckie – środki chemiczne, które miały ludzi od tego szkodnika wybawić”. (*)

Obsesyjnie nawoływano do walki z „szkodnikiem zza oceanu”, który miał niszczyć plony i symbolizować zagrożenie płynące z Zachodu. Stonka stała się nie tylko problemem rolniczym, ale także narzędziem propagandy – alegorią zewnętrznego wroga, którego obecność wymagała jedności i mobilizacji. W książce Moniki Milewskiej stonka pojawia się obok żubronia i kryla. Ten drobny owad zyskuje wymiar mityczny – jest jednym z kluczowych ogniw opowieści o absurdalnych mechanizmach PRL-owskiej wyobraźni.

„Mimo zbiorowego wysiłku naukowców, partii i mas stonki nie udało się ostatecznie zlikwidować. Z ogołoconych ziemniaczanych pół przeniknęła do języka potocznego. Stonką zaczęto nazywać letników którzy wysypywali się z pociągów, a potem całymi chmarami rzucali się na bałtyckie plaże i jak wygłodniałe szkodniki pustoszyli okoliczne sklepy”. (**)

Autorka książki pisze też, że żarłoczna stonka była propagandowym alibi braków na rynku – zarówno kartofli jak i innych produktów spożywczych. Mało kto wierzył w propagandowe bajki nawet w czasach stalinowskich. Milewska pokazuje ilustrację Jana Marcina Szancera do książki „Stonka i Bronka” Jana Brzechwy.

„Właśnie szła przez pole Bronka,

Nagle patrzy – co to? Stonka!

Ziemniaczany wróg! To ona: 

Jest pół żółta, pół czerwona

I ma dziesięć czarnych pasków,

Tak jak w książce na obrazku”.

(źródło: „Stonka i Bronka” Jana Brzechwy)

Tak przy okazji – stonkę w PRL niszczono gwałtownym wzrostem użycia pestycydów. 

W ostatniej dekadzie Polski Ludowej mówiło się o zagrożeniu, jakie dla polskich pól niosła bliska kuzynka stonki ziemniaczanej – stonka kukurydziana. O jej zrzuty na pola Europy znów oskarżani byli Amerykanie. Tym razem słusznie. Szkodnik dotarł na Stary Kontynent wraz z wojskowymi dostawami żywności podczas wojny na Bałkanach w latach  dziewięćdziesiątych XX wieku. 

Czy stonka trwa w XXI wieku?

Współczesny świat zmienia się w zawrotnym tempie, jednak pewne zjawiska i symbole przeszłości wciąż budzą emocje i wywołują pytania. Czy stonka – niegdyś postrzegana jako istotny problem rolniczy i element propagandy – nadal odgrywa jakąkolwiek rolę?

Stonka ziemniaczana wciąż pozostaje jednym z największych wrogów rolników uprawiających ziemniaki, choć jej zwalczanie stało się znacznie bardziej skuteczne dzięki nowoczesnym metodom ochrony roślin. Ten odporny na trudne warunki owad potrafi szybko adaptować się do zmian w środowisku i wykształcać odporność na środki chemiczne, co czyni go wymagającym przeciwnikiem.

Współczesne rolnictwo opiera się na zintegrowanych metodach ochrony, łącząc chemiczne środki owadobójcze z biologicznymi i agrotechnicznymi. Rolnicy korzystają z nowoczesnych pestycydów, stosując je zgodnie z zasadami dobrej praktyki rolniczej, aby zminimalizować ryzyko odporności szkodnika. Coraz częściej wykorzystuje się też biologiczne metody – naturalnych wrogów stonki, takich jak drapieżne owady czy patogeny, np. grzyby owadobójcze.

Kluczowe znaczenie mają również działania profilaktyczne, jak rotacja upraw i staranna obserwacja pól, co pozwala na wczesne wykrycie i ograniczenie populacji stonki. Dzięki temu walka z tym uciążliwym owadem staje się coraz bardziej efektywna, choć nieustannie wymaga czujności i innowacyjności.

Ps. Na koniec deser….

Anegdoty o stonce ziemniaczanej, zwanej popularnie „żukiem ziemniaczanym” w Polsce Ludowej często łączyły się z propagandą i absurdami codziennego życia tamtych czasów. Oto kilka ciekawych historii i kontekstów:

Amerykańska dywersja

W latach 50. Polska propaganda szeroko rozpowiadała, że stonka ziemniaczana była celowo zrzucana na pola ziemniaków przez amerykańskie samoloty jako forma „imperialistycznego sabotażu”. Opowiadano, że żuki spadały z nieba w metalowych skrzynkach na spadochronach. Mieszkańcy wsi mieli obserwować „przeloty wrogich samolotów” nad polami, a dzieci w szkołach uczono, jak rozpoznawać stonkę i natychmiast zgłaszać jej obecność nauczycielom lub milicji.

W niektórych opowieściach wiejskie dzieci rzekomo znajdowały „tajemnicze kapsuły” pełne chrząszczy. Inne anegdoty mówiły o „bohaterskich chłopach”, którzy z pomocą drewnianych grabi i konewek z benzyną bronili narodowej produkcji ziemniaka przed wrogim żukiem.

Wielka mobilizacja przeciw stonce

Państwo traktowało walkę z „imperialistyczną stonką” jako sprawę narodową. Organizowano masowe akcje zbierania żuków – każdy obywatel, od dzieci w szkołach po pracowników zakładów pracy, był zobowiązany uczestniczyć w akcjach odszukiwania stonki na polach ziemniaczanych. W niektórych wsiach urządzano nawet konkursy na największą liczbę zebranych owadów.

Jedna z popularnych anegdot głosiła, że podczas takiej akcji młody chłopiec przyniósł w słoiku kilkaset żuków. Kiedy zapytano go, jak udało mu się zebrać ich aż tyle, odpowiedział, że po prostu przyniósł je z własnego ogródka, gdzie hodował stonkę od kilku tygodni, bo „pani nauczycielka mówiła, że żuki trzeba zbierać”.

„Stonka w teatrze”

Według innej zabawnej opowieści, w jednym z teatrów w małym miasteczku wystawiano sztukę o walce z amerykańską dywersją. W kulminacyjnym momencie aktor grający wiejskiego rolnika miał dramatycznie krzyknąć: „Stonka! Stonka na ziemniakach!”. Publiczność wybuchła jednak śmiechem, ponieważ ze scenografii wynikało, że chodziło o buraki, nie ziemniaki. Po spektaklu reżyser tłumaczył się, że „stonka to symbol, a ziemniak to tylko kontekst”.

Przemyt stonki

Żartowano, że w latach największej propagandy o stonce ziemniaczanej powstała szajka „przemytników stonki”, którzy przewozili owady przez granicę, aby „pomóc wrogim imperialistom w dywersji”. Legendy głosiły, że stonki były sprzedawane na czarnym rynku w małych pudełkach z zapałkami. Oczywiście, takie historie były głównie efektem plotek i wyobraźni lokalnych mieszkańców.

Szkoła kontra stonka

Nauczyciele w szkołach organizowali pogadanki, podczas których stonka była przedstawiana jako „wrogi agent”. Pewnego dnia mała dziewczynka miała zapytać: „Czy jak wyrzucę stonkę do Niemiec, to też będzie walczyć o wolność?”. Cała klasa zaczęła się śmiać, a nauczycielka, nie wiedząc, co odpowiedzieć, stwierdziła tylko: „Ona tam nie przetrwa, bo Niemcy mają więcej chemii”.

Te historie, choć zabarwione absurdalnym humorem, pokazują, jak mocno propaganda PRL wplatała się w codzienne życie, zmuszając ludzi do traktowania nawet owadów jako elementu walki ideologicznej.

 

(*), (**)  źródło: „I rak ryba. Stworzenia polityczne PRL-u”, M. Milewska, wyd. Czarne 2024 r.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

9 − 4 =