Deweloperzy narzekają, że źle się o nich mówi i pisze; że wybiórczo publikuje się informacje przedstawiające ich w złym świetle. Nie mam dobrych informacji. Negatywną opinię o budownictwie mieszkaniowym branża deweloperska w dużej mierze zawdzięcza sama sobie.
Przekonałem się o tym przez 12 lat pracy w Radzie Miasta Poznania, przekonuję się o tym nadal przy różnych okazjach. To oni wymuszają – korzystając z luk prawnych – decyzje samorządów dewastujące środowisko, a oni sami sprawy środowiskowe, ładu przestrzennego mają w głębokim poważaniu. Oczywiście nie wszyscy deweloperzy to łajdaki – sam znam kilka oczywistych niezwykle pozytywnych przykładów – ale środowisko deweloperskie ensemble albo nie ma siły, albo ochoty na to, by pozbyć się oczywistych krętaczy ze swego grona.
Każdy z nas bez problemu jest w stanie wskazać przypadki osiedli budowanych na gołym polu bez zabezpieczenia odbioru ścieków? Ile znamy przypadków bloków budowanych tak gęsto, że między jednym a drugim możnaby od biedy rozwieszać pranie? Ilu znamy deweloperów niszczących obszary zasobne w wodę? Porażające jak wiele, prawda?
Książka Bartosza Józefiaka PATOdeweloperka. To nie jest kraj do mieszkania potwierdza najgorsze opinie o tym środowisku, posługując się autentycznymi przypadkami i wskazaniami. Oszustwa i kłamstwa, chciwość, negatywna presja na środowisko, bylejakość, „chodzenie na skróty” – to właściwie treść całej książki przygotowywanej przez kilka lat na podstawie własnych obserwacji i śledztw, a także umiejętnego chwilowego wejścia pod przykrywką do tego grona.
Oczywiście, całą winę można zwalać na tych, którzy deweloperką zajęli się „przy okazji”, ale najwięcej błędów popełniają ci, którzy siedzą w branży od dawna… Jak to mówi jedna z pracowniczek PR jednej z firm: Budynki powstają, zmieniają nasze miasta, a to, gdzie klienci mieszkają, jak mieszkają, jak ten budynek wygląda, jak będzie użytkowany, jak wpłynie na otoczenie … to już nikogo nie obchodzi. Deweloper tylko sprzedaje mieszkania, a potem umywa ręce i mówi: „To nie mój problem”.
Deweloperzy oczywiście znajdują winnych takiego stanu rzeczy. To klienci. Nikt tam nie myśli o zieleniach, terenach wspólnych albo o tym, jak klientowi będzie się mieszkało. A już na pewno nie o tym, jak dane osiedle wpłynie na otoczenie. Mogę oczywiście wymyślić wszystko: 80 metrów, piękny rozkład, zieleń, ale na końcu przychodzi klient i mówi: ‘Mam tylko 300 tysięcy kredytu. Więcej nie dostałem’. I muszę tak budować, że by tego klienta było stać, a firma miała te 10-12 procent marży. […] Dlatego idą na całość i nie ma zmiłuj. Kasa musi się zgadzać.
Najgorsze jest to, i to Autor pokazuje na konkretnym przykładzie wykładów na szkoleniu dla deweloperów, że ci tę łatwiznę uprawiają bardzo świadomie! Czy można budować bloki na wysypisku odpadów komunalnych? Można! Wystarczy je postawić na palach. A czy można budować na podmokłych gruntach? Pewnie! Trzeba tylko zrobić porządne odwierty i sprawdzić poziom wody gruntowej, żeby nam przypadkiem wilgoć nie wyszła w garażach.
Oczywiście, dewastacja środowiska, krajobrazu, generowanie korków i kłopotów inwestycyjnych na innych polach to nie tylko wina deweloperów, a i prawodawstwa. Deweloperzy określają to tak: Skoro prawo mi pozwala tak budować, no to, k…, jedziemy z tematem!.
Jednak to deweloperzy tworzą najwięcej problemów. Na kartkach książki Józefiaka mają fatalny wizerunek, ale jak wspomniałem na początku, sami temu są winni. Książka prezentuje wstrząsający w sumie obraz polskiej rzeczywistości, która negatywnie odbija się nie tylko na środowisku, ładzie przestrzennym ale także – a może przede wszystkim – na „zwykłych klientach”, którzy niekiedy kupują „kota w worku”, a potem muszą się mierzyć z wszelkimi niedogodnościami zamieszkiwania w krzywych mieszkaniach oddzielonych cienkimi ścianami na zalewanych okresowo osiedlach, z których trudno wyjeżdżać błotnistymi drogami w godzinach komunikacyjnych korków.
Już raz o tym pisałem na naszym portalu w tekście Cztery grzechy główne deweloperów, więc nic z tego, co przeczytałem w PATOdeweloperce mnie nie zdziwiło. Ba, myślę, że każdy z czytelników mógłby dopisać kilka nowych grzechów, albo pomóc Józefiakowi w dopisaniu części drugiej. Zero zdziwień.
Jedno, co mnie dziwi to to, dlaczego deweloperzy, jako środowisko, pozwoliło sobie tę opinię zepsuć. Nie od dziś zastanawiam się co musiałoby się wydarzyć, by ta branża sama zaczęła poprawiać swój wizerunek, ale nie poprawiając PR, a podejmując rzeczywisty wysiłek w kierunku pozytywnej zmiany w swym zachowaniu. Mam czasami wrażenie, że w tym środowisku, podobnie jak u myśliwych, wygrywa filozofia fałszywej solidarność i ślepa obrona „gdy naszych biją”, mimo udowodnionych niegodziwości. A to nie pomaga samooczyszczeniu. Książka Bartosza Józefiaka paradoksalnie mogłaby być przewodnikiem do poprawy sytuacji.
Bartosz Józefiak, Patodeweloperka. To nie jest kraj do mieszkania, Wydawnictwo Znak Litera Nova, Kraków 2024.






Zawsze zadziwia mnie z jaką łatwością zapominamy o podstawach problemu. Przecież nawet w tekście strony mamy uzasadnienie – cytat cytatu: „Mam tylko 300 tysięcy kredytu. …”. Czy to jest wybór z własnej woli? Aby kupić mieszkanie niejednokrotnie musimy mieć zarobki na poziomie wpadającym w 32% PDoF. To śmieszna granica wobec współczesnych cen mieszkań w blokach (a czemu takie ceny? – zobaczmy dalej). Osoby o takich zarobkach (32%) oddają około 60% całkowitej kwoty brutto wykładanej przez pracodawcę na dzień dobry na para/podatki (bo emerytura też jest umowna – bezpardonowo przepadnie gdy umrzemy bez wieku emerytalnego). Proszę, wyszukajcie w internecie popularne kalkulatory płac i wpiszcie sobie jakąś pokaźniejszą kwotę i zobaczcie ~”całkowite koszty po stronie pracodawcy”). Czy znów developer nie musi poddawać 60% (w potężnym uproszczeniu) od tego co zarobił? Można próbować przeprowadzać różne symulacje księgowe. Każda będzie inna w zależności od kreatywności, zatrudniania na czarno itd. Przyjmijmy że jest to marne 30% podatków a nie 60, chociaż, może potrafią wyciągnąć >=12%? – nie wiem. No to teraz policzmy. Jesteśmy handlowcem. Wypracowujemy 100zł gotówki (bez kosztu wytworzenia czegoś tam -rzeczy). 23% zabiera VAT zostaje 77zł, z tego co zostanie zabierają 60% (46.20zł) = 30.80 zł zostaje. Z tego musisz zapłacić zysk developera – co to jest zysk? Przecież nie pracuje tylko na podatki. Z 30.80 zł oddajemy wspomniane 30% podatków (im developer bardziej się postara z księgowością, tym mniej zapłacimy lub ON zyska więcej). Od 30.80 zł odda 30% – 9.24 zł podatków, zostaje 21.56 zł. Czy zyskuje 21.56 zł? No ale przecież domu nie wybuduje się bez działki i materiałów („pustaków”). Przyjmijmy że (?) ile zł trzeba na to przeznaczyć (tak, materiały są kosztem, wykonanie jest na 8% vat, itd. – wliczyłem to już „w księgowość”)? Zgaduję, z tego 50% to koszt wybudowania = 10.78 zł. Nasze początkowe 100 zł warte jest 10.78 zł wartości nabywczej mieszkania.Czy kłuje mnie w oczy, że właściciel rozbija się mercem? Zazdrość to łatwe uczucie. Tu skala robi swoje. Czy developer jest bez grzechu? Książka pewnie podpowie. Książki nie czytałem (jeszcze). A z deweloperami mam tyle wspólnego co z Ferrari :). Proszę tylko aby chwytliwe tematy nie przesłoniły oczu w czym jest problem.
PS. zapomniałem w wyliczeniach odprowadzić % zysku od 100 zł brutto dla waszego pracodawcy u którego pracujecie na wypłatę. To ile zostanie 6-7 zł? Wydedukujcie sami.