Wielki Post może być odpowiedzią na kryzys ekologiczny? Ojciec Stanisław Jaromi, franciszkanin opowiada o poście jako akcie czci wobec Boga, odpowiedzialnej konsumpcji, wojnie jako katastrofie ekologicznej i o pół godzinie ciszy – w kaplicy albo na łące – która może zmienić więcej, niż nam się wydaje.
Katarzyna Kamyczek: Dlaczego Ojciec postanowił zająć się akurat przyrodą, skoro jako franciszkanin mógł wybrać wiele innych form posługi?
Stanisław Jaromi: Przełożeni mi kazali (śmiech). Tak, kazali. Ale oczywiście możemy rekonstruować, co się stało w mojej młodości. Dla naszego pokolenia, tych którzy studiowaliśmy w latach osiemdziesiątych, były trzy kluczowe doświadczenia.
Pierwsze: to, że Jan Paweł II ogłosił św. Franciszka patronem ekologów. No dlaczego akurat Franciszka? Mógł ogłosić kogoś innego. A jednak wybrał jego. Na ten temat są całe monografie, ja też o tym pisałem. To nie był przypadek.
Drugie doświadczenie to “Solidarność”. Niezwykłe dzieło, które w naszym kraju zmarnowaliśmy. Ruch społeczny, który podkreślał to, co łączy, a nie to, co dzieli. A jeśli jest solidarność, to jest odpowiedzialność, a nie egoizm i troska wyłącznie o swoje interesy.
Wtedy studiowałem w Krakowie. To była ekologiczna klęska. Zima minus 30 stopni, a Wisła nie zamarzała. Dlaczego? Bo była tak zanieczyszczona. Robotnicy, zwykli ludzie, zaczęli się zastanawiać, dlaczego niszczymy się nawzajem, zatruwając powietrze, wodę, jedzenie, przestrzeń.
Na tej fali powstał REFA – Ruch Ekologiczny św. Franciszka, który prowadzę do dziś. Było też kilka innych franciszkańskich grup ekologicznych, które w latach 90. zakończyły swą aktywność. Myśmy jakoś przetrwali, a nawet rozwijali. W nowym tysiącleciu zbudowaliśmy już profesjonalne struktury NGO. Były sukcesy, mnóstwo porażek – bo target jest trudny.
Apogeum to był czas po ogłoszeniu encykliki Laudato si’ przez papieża Franciszka. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, przyjechali katoliccy ekolodzy z całego świata. Czuliśmy się trochę aktywistami. Jeździliśmy, robiliśmy projekty, mówiliśmy, tworzyliśmy pierwsze wspólnoty Laudato si’. Potem przyszła pandemia, temat jakby dla niektórych „został załatwiony”, nie udało się zbudować większego ruchu. Zostały małe grupki.
Łatwo jest teraz być franciszkaninem i mówić o ekologii?
– Łatwo? Nie. Przez moment czułem się aktywistą. Teraz jestem pacyfistą. (śmiech) Ale robię swoje.

Trwa Wielki Post. Czym on jest?
– Jako stara praktyka związana z Wielkim Postem, to jest przede wszystkim oddanie czci Bogu. O to chodzi – o oddanie czci Panu Bogu. Środa Popielcowa jasno mówi: post, modlitwa, jałmużna. W tej kolejności.
Dopiero na drugim miejscu jest to, co próbujemy złapać w rekolekcjach, które obecnie realizujemy z TV Dom Józefa i na portalu: swietostworzenia.pl – odnowienie czterech relacji ekologii integralnej. A na trzecim miejscu jest detoksykacja organizmu i leczenie duszy i ciała.
Ale to wszystko się wiąże. Znam ludzi, którzy zaczęli od diety zdrowotnej, bo zachorowali. Organizm nauczył ich uważności. Potem przyszła otwartość na sprawy duchowe. A na końcu – liturgia, osoba Chrystusa.
Post może leczyć chciwość i obojętność wobec świata?
– W nazwie jest „post” – czyli samoograniczenie. Odmawiam sobie czegoś, co mam na stole, co mi się należy, na co zarabiam. Z jakiegoś powodu rezygnuję. Wstrzemięźliwość, samoograniczenie, pokuta – to są słowa klucze.
Oczywiście żyjemy w systemie opartym na konsumpcji. Gdy nie kupujemy, od razu dramat – PKB spada. Taki jest model gospodarki. Ma to olbrzymie konsekwencje: eksploatacja zasobów, odpady, marnotrawstwo.
Pojedynczy konsument ma minimalne szanse, żeby to zmienić. Zwłaszcza w bogatej części świata. Ale my funkcjonujemy w mikroświecie – w rodzinach, wspólnotach. I tam można się temu przeciwstawiać.
Znam wspólnoty franciszkańskie, które świadomie kupują ubrania w second-handach, produkty od lokalnych rolników i ogrodników i same gotują. Kiedyś w rodzinach przekazywało się ubranka kolejnym dzieciom w rodzinie i wszystko reperowało. Dziś to się nazywa gospodarka obiegu zamkniętego. A to było normalne.
Ludzie mówią: co ja jeden mogę zmienić?
– Mój wybór może nie ma znaczenia dla całego świata. Ale ma znaczenie dla mnie. To jest moje świadectwo. Mój akt odpowiedzialności i wdzięczności wobec Boga. A ktoś może to zobaczyć i naśladować.
Z takich rzeczy rodzą się ruchy konsumenckie. Pamiętam sytuację na Podkarpaciu, gdy po decyzji korporacji o zamknięciu firmy ważnej dla okolicy ludzie przestali kupować jej produkty. Mobilizowali się nawzajem. Korporacja trochę musiała ustąpić.
Kluczowy jest wymiar osobistego świadectwa. Potem wspólnotowego. A potem modlitwa – za innych konsumentów i jałmużna dla tych, co ciągle mają się gorzej niż ja.
A mięso? To też temat postu?
– Myśmy jako REFA od lat sugerowali, by Wielki Post był bez mięsa całkowicie. Zwłaszcza tego z masowej hodowli – pełnego antybiotyków, związanego z cierpieniem zwierząt. Jeśli już – to lokalne, wspierające małych rolników.
Bezmięsny piątek to przecież katolicki wynalazek. Od początku była świadomość, że krzywdzimy zwierzęta, jedząc je. Post był jakąś formą zadośćuczynienia.

Co Ojca dziś najbardziej boli w kontekście ekologii?
– To, że wojna i zbrojenia wróciły jako narzędzie regulowania relacji. Rzeki zdołamy oczyścić. Lasy odpowiednio przebudować. Ale teren zniszczony przez wojnę? To jest jedna wielka katastrofa ekologiczna.
Widzimy co się dzieje w takich miejscach, jak Donbas, Strefa Gazy, Sudan czy pogranicze Rwandy i Konga. Wojna niszczy ekosystem ludzki i przyrodniczy. A przede wszystkim duchowy. Przemoc, agresja, hejt – to staje się normą. Anonimowe niszczenie drugiego.
Z plastikiem w oceanach sobie poradzimy. Z rekultywacją gleby też. Ale z rekultywacją relacji? To dużo trudniejsze.
Papież Leon w orędziu wielkopostnym mówi o „rozbrajaniu języka”. Nie tylko militarne rozbrojenie, ale rozbrojenie słów – bez złośliwości, bez ostrza. To jest ogromne zadanie.
Jakie zadanie dałby ojciec na Wielki Post czytelnikom portalu Drzewa Franciszka?
– Zaczyna się wiosna. To dobry moment. Myśmy przez lata robili warsztaty w parkach narodowych i innych miejscach wyjątkowych przyrodniczo. Mówiłem kiedyś o adoracji Najświętszego Sakramentu – że żeby miała sens, trzeba przynajmniej kwadrans ciszy. Idealnie pół godziny. Uregulować oddech, wyciszyć się. Różaniec nie przeszkadza, ale cisza jest kluczowa, zwłaszcza w adoracji indywidualnej.
I wtedy jeden z przyrodników powiedział: w przyrodzie jest dokładnie tak samo. Wchodzisz na łąkę czy do lasu – ingerujesz w ekosystem. Wszystko jest przerażone. Ale jeśli usiądziesz i wytrzymasz kwadrans, najlepiej pół godziny – łąka cię zaakceptuje. Uznają cię za swojego. I wtedy zobaczysz bogactwo życia, dźwięków, ruchu.
Bez takiego doświadczenia trudno zrozumieć duchowość, o której mówi Laudato si’ i tradycja franciszkańska. Dlatego to bywa odrzucane jako za trudne.
Zadanie jest proste: odkryć cztery relacje. Z Bogiem, z drugim człowiekiem, z samym sobą i ze światem.
I zrobić porządny post. W tradycji katolickiej – nawet o chlebie i wodzie. Każde ułatwienie to już złagodzenie. Minimum? Bez mięsa. Do tego uważność na drugiego człowieka, dzielenie się, zaangażowanie społeczne.
Bo ekologia integralna nie zaczyna się od ratowania planety. Zaczyna się od ciszy. Od oddania czci Bogu. Od pół godziny, w kaplicy albo na łące.
dr Stanisław Jaromi OFMConv – filozof i ekolog, przewodniczący Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu (REFA), szef portalu www.swietostworzenia.pl, wieloletni delegat franciszkanów ds. sprawiedliwości, pokoju i ochrony stworzenia, w 2016 otrzymał tytuł Człowieka Roku Polskiej Ekologii. Boską Ziemię kończył pisać w dżungli amazońskiej na pograniczu Boliwii, Peru i Brazylii. Inicjator kampanii „Czyńcie Ziemię kochaną”. W latach 2015-2023 szef Szkoły Liderów Ekologii Integralnej, duszpasterz, kierownik duchowy i organizator wielu krajowych i międzynarodowych wydarzeń, jak w 2025 obchody jubileuszu franciszkańskiego 800 lat powstania “Pieśni słonecznej”. Wykładowca akademicki, autor i redaktor książek.





