Sklepy są pełne. Szafy też. Ubrań mamy więcej niż kiedykolwiek w historii, a jednocześnie coraz rzadziej nosimy je długo. Moda stała się jednym z najbardziej widocznych symboli społeczeństwa nadmiaru – produkujemy, kupujemy i wyrzucamy szybciej, niż jesteśmy w stanie zużyć.
Według różnych szacunków przeciętne ubranie nosimy dziś nawet o połowę krócej niż 15 lat temu. T-shirt kupiony za 29 zł bywa założony kilka razy, zanim wyląduje w worku na zbiórkę.
Nowe kolekcje pojawiają się co kilka tygodni. Promocje, wyprzedaże, „must have sezonu” – trudno nie ulec. W świecie fast fashion ubrania rzadko mają szansę się zestarzeć. Częściej wychodzą z mody, niż się niszczą. Efekt? Branża modowa generuje ogromne ilości odpadów, z których tylko niewielka część trafia do recyklingu. Reszta trafia czasem do krajów Globalnego Południa – np. Ghana, Nigeria czy Pakistan. Dlaczego tam? Bo w krajach bogatych produkuje się więcej ubrań, niż ludzie są w stanie zużyć, a w krajach biedniejszych wciąż można je sprzedać lub wykorzystać. Niestety, część z nich nie nadaje się do dalszej sprzedaży i ląduje na wysypiskach, stając się kolejnym problemem środowiskowym.
W odpowiedzi rośnie rynek odzieży używanej. Według raportu ThredUp z 2023 roku globalna wartość rynku second hand ma wzrosnąć do 350 mld dolarów do 2028 roku. W Polsce w 2024 roku jego obroty osiągnęły 15,5 mld dolarów. To już nie nisza ani wstydliwa alternatywa – to realna część rynku.
Ale motywacje kupujących są bardziej przyziemne, niż chcielibyśmy wierzyć. Młodzi z pokolenia Z deklarują, że ekologia marki ma znaczenie, nawet jeśli trzeba zapłacić więcej. Jednocześnie badania pokazują, że aż 58 proc. z nich kieruje się przede wszystkim ceną. Na jakość zwraca uwagę 33 proc., na markę – 29 proc., a 98 proc. nie sprawdza pochodzenia ubrań.
Second hand wygrywa nie tyle ideą ratowania planety, ile rozsądkiem: oszczędnością, możliwością znalezienia czegoś wyjątkowego, dostępu do marek z wyższej półki. Ekologia pojawia się dopiero na końcu listy powodów.
I może to wcale nie jest powód do rozczarowania.
Bo nawet jeśli ktoś zaczyna od oszczędzania, kończy na realnym wydłużeniu życia produktu. Każda rzecz kupiona z drugiej ręki to jedna rzecz mniej wyprodukowana – przynajmniej potencjalnie. To mniej wody zużytej do produkcji, mniej chemii, mniej transportu.
Problem zaczyna się wtedy, gdy drugi obieg staje się jedynie dodatkiem do niezmienionego systemu. Część firm promuje zbiórki odzieży czy programy „oddaj i kup nowe”, budując ekologiczny wizerunek, a jednocześnie nie ogranicza produkcji. Programy zbiórek często działają jak moralny wentyl – pozwalają kupować dalej bez poczucia winy. Wtedy mówimy o greenwashingu – o sytuacji, w której język ekologii przykrywa model nadprodukcji.
Prawdziwa zmiana byłaby mniej efektowna marketingowo, a bardziej wymagająca: mniej kolekcji, lepsza jakość, dłuższe użytkowanie, naprawa zamiast wymiany. To nie brzmi jak rewolucja. To brzmi jak umiar.
Osoby, które wybierają ubrania z drugiej ręki, często mówią o czymś jeszcze – o autentyczności.
„W korzystaniu z rzeczy używanych krzyżują się przeszłość i przyszłość, i nie chodzi o odtwarzanie tego, co było, ale raczej o takie przerobienie historii, by stworzyć indywidualność niemożliwą do podrobienia”.
W świecie globalnych sieciówek unikatowość staje się formą sprzeciwu. A może też pierwszym krokiem do zmiany.
Czy jeden zakup w second handzie uratuje planetę? Nie.
Czy może ograniczyć skalę nadmiaru? Tak – jeśli stanie się nawykiem, a nie modą.
Ludzie często mówią: „to nic nie zmieni, co ja mogę”. Może rzeczywiście pojedynczy wybór nie zmieni systemu. Ale system też składa się z wyborów – powtarzanych codziennie przez miliony ludzi. Tyle że łatwiej wierzyć, że nic od nas nie zależy, niż zrezygnować z kolejnej promocji.
Miłość do natury zaczyna się od prawdy. A prawda jest taka: produkujemy za dużo. Jeśli chcemy mniej szkodzić, musimy nauczyć się mieć mniej. Nie tylko w szafie.
Cytat zamieszczony w tekście pochodzi z artykułu „Second Hand Fashion”, K. Uklańska, zamieszczonego w „Kultura Współczesna 2/2025”.





