Emilia Kiereś opowiada, dlaczego najłatwiej tworzy jej się jesienią, jak dąb za oknem staje się towarzyszem pisania, a przyroda – nieodłączną bohaterką książek. W rozmowie dzieli się refleksjami o sile natury, swoich ulubionych zakątkach Wielkopolski i o tym, dlaczego życie na wsi zawsze wygrywa z miastem.

Katarzyna Kamyczek: Nadchodzi jesień. Jak się Pani odnajduje w tej porze roku? I czy ma Pani jakieś sprawdzone sposoby dla tych, którym trudno ją polubić?

Emilia Kiereś: Cudownie żyje mi się z jesienią! Chyba szczególnie współgra ona z moją naturą. Jest we mnie sporo nostalgii i ta pora roku też taka jest. Najbardziej lubię ten krótki okres, kiedy lato przechodzi w jesień, zmienia się kąt padania słońca i barwa światła, powietrze staje się mniej przejrzyste, a wokół zaczynają się pojawiać kolory. Z mojego domu słychać klangor żurawi zbierających się do odlotu, nad moim ogrodem przelatują klucze gęsi, z kolei na lipie sąsiada sejmikują szpaki. To czas, kiedy w przyrodzie panuje duże poruszenie. A sposoby na przetrwanie tej pory roku dla tych, którzy za nią nie przepadają? Te same niezawodne, co na każdy inny kryzys: spotkania z przyjaciółmi, ciekawa książka, piękna muzyka (najlepiej jakiś senny jazz z trąbką…), dobry film. Sztuka zawsze pomaga przetrwać ciężkie chwile. A, no i niezależnie od okoliczności dobroczynny wpływ na człowieka ma też pyszne domowe ciasto! Tutaj nie sposób nie wspomnieć, że przełom lata i jesieni zachwyca mnie też bogactwem i walorami smakowymi owoców – ileż z tego można przyrządzić pyszności!

Czy któraś pora roku szczególnie sprzyja Pani pisaniu? A może są takie, które działają odwrotnie – wyciszają literacką energię?

Pracuję przez cały rok, na okrągło, ale najlepiej tworzy mi się właśnie jesienią. Ta pora nastraja mnie na szczególne tony, dzieje się ze mną coś takiego, co sprawia, że mogę pisać w ulubionym rejestrze. 

Gdyby natura stała się bohaterką Pani książki – jaką miałaby osobowość?

Natura ma tyle różnych oblicz, tyle różnych charakterów, tyle nastrojów… Rzeczą absolutnie niemożliwą byłoby nadać jej jedną osobowość. Musiałaby się stale zmieniać, być migotliwa i niestała, niejednorodna, a zarazem przecież –spójna i harmonijna.

Czy w Poznaniu i jego okolicach jest miejsce w naturze, do którego szczególnie Panią ciągnie?

Bardzo lubię Wielkopolskę, ale i całą Polskę. Doskonale się czuję w otoczeniu ojczystej przyrody. Jestem mocno związana z okolicami, w których mieszkam, to znaczy z obszarem między Poznaniem, Gnieznem a Kostrzynem. To przepiękny i cenny przyrodniczo rejon. Ale niezmiernie lubię też mazurskie drogi, tereny wokół Torunia, kocham góry, szczególnie Tatry i Pieniny. Chętnie wracam w okolice Sandomierza. Polska jest tak różnorodna, jest w niej tyle wspaniałych miejsc do odwiedzenia. Stale podróżuję po kraju i nieustannie odkrywam coś nowego. A przyroda jest mi niezbędna do życia, muszę przebywać blisko niej. Tak było zawsze, ale odkąd prawie dwadzieścia lat temu wyprowadziłam się z miasta, czuję to jeszcze wyraźniej. Życie blisko przyrody całkowicie odmienia człowieka i jego spojrzenie na świat. Zmieniają się priorytety. I wiem, że już nigdy nie będę mogła mieszkać w mieście. Żadnym, choćby najpiękniejszym. Miasto nie jest dobrym miejscem do życia.

Jak ważny jest dla Pani widok z okna podczas pisania? Czy obecność zieleni, drzew czy zmieniającego się światła wpływa na rytm pracy twórczej?

Zieleń – koniecznie. Tuż za moim oknem rośnie dąb czerwony, sadzony przez moją Mamę. Sięga już kalenicy. Jesienią zazwyczaj cudownie się przebarwia. Zaraz za dębem widzę kolosalny świerk, a wokół niego rajskie jabłonki. One najpiękniej wyglądają wiosną, w maju, kiedy obsypują się różowymi kwiatami. Dalej jest żywopłot z ligustru, potem ulica, a po jej drugiej stronie wielkie brzozy i sosny. Dużo, dużo zieleni. A kiedy dobrze wychylę się z okna, widzę las. Dzielą mnie od niego dwie przecznice.

Jest pani też autorką komentarzy do „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza. U Mickiewicza dąb symbolizuje siłę, pamięć i zakorzenienie. Co w tym obrazie szczególnie do Pani przemawia?

Najbardziej przemawia do mnie refleksja Mickiewicza o długowieczności dębu. W ogóle zachwyca mnie i budzi respekt potęga przyrody, niepohamowana żywotna siła w niej, która sprawia, że źdźbło trawy może przebić się przez asfalt a powalone drzewo żyć dalej. Bardzo bliskie są mi też słowa: „Nie było nas, był las. Nie będzie nas, będzie las” – uczą pokory wobec natury i wskazują nam nasze miejsce. Jesteśmy na Ziemi przez chwilę, przyroda trwać będzie dużo dłużej. Choć przecież zarazem należy pamiętać, że jesteśmy jej częścią. 

Pisząc komentarze do „Ballad i romansów”, prowadziła Pani dialog bardziej z naturą czy raczej z samym Mickiewiczem?

Myślę, że jednak z Mickiewiczem… a najbardziej z jego tekstami, nie z nim samym. Ta książka – „Ballady i romanse z komentarzami Emilii Kiereś”, czyli moimi – jest także, co bardzo ważne, dialogiem z czytelnikiem. Na tym polegał mój pomysł: chodziło nie tylko o to, żeby opatrzyć ballady i romanse przypisami objaśniającymi trudne i niezrozumiałe dla młodego czytelnika słowa, ale też o to, by – w formie przystępnej gawędy – opowiedzieć o czasach, w których powstały te teksty, pokazać ówczesne obyczaje, kontekst historyczny, przybliżyć samą postać wieszcza Adama, może nawet nauczyć młodych, jak czytać jego utwory, jak je „ugryźć”. Swoją drogą Mickiewicz rzeczywiście był bardzo silnie związany z naturą i ona jest stale, i to bardzo wyraźnie, obecna w jego twórczości. Być może także dlatego jest mi ona tak bliska. 

Na koniec pogdybajmy… Gdyby mogła Pani spędzić dzień w ciszy z jednym z bohaterów „Ballad i romansów”, kogo by Pani wybrała i w jakim miejscu natury?

Najchętniej spędziłabym dzień z samym Mickiewiczem, to na pewno! Unikałabym świtezianek, upiorów i Mefistofelesa. Ale gdybym miała wybrać któregoś z bohaterów ballad, to może byłby to Pan Twardowski. To by było niezapomniane przeżycie! I mimo wszystko chyba najbezpieczniejsze z możliwych spotkań. Wtedy już byłoby mi wszystko jedno, gdzie się spotkamy. Byle nie w karczmie „Rzym”, bo to mogłoby się różnie skończyć.

Gdyby mogła Pani zaszyć się gdzieś w przyrodzie na tydzień – bez świata, internetu, terminów – gdzie by to było i co by Pani tam robiła?

Blisko lasu, to na pewno. Blisko jakiejś wody: rzeki albo jeziora. Ale las, najważniejszy jest las. I żeby nie było zupełnie płasko. Nie musiałyby to być od razu góry, ale chociaż jakieś pagórki. Tam, gdzie jest zupełnie płasko, dopada mnie smutek.

Gdyby miała Pani napisać balladę tylko o jednym zjawisku natury – co by to było? Mgła, wiatr, rzeka, a może cisza?

Oj, ballady to nie moja domena! Co innego powieść. Zresztą natura odgrywa w mojej twórczości bardzo ważną rolę i lubię o niej pisać. O lasach, o jeziorach, rzekach i górach, o łąkach, polach i strumykach, deszczach, śnieżycach, mgłach i chmurach… Uzbierałby się cały katalog (jedna z moich powieści nosi zresztą tytuł „Rzeka”). Oczywiście na pierwszy plan zawsze wysuwają się przygoda, tajemnica albo jakieś elementy fantastyczno-baśniowe – w końcu piszę dla dzieci i młodzieży. Ale na przykład pani prof. Joanna Papuzińska, czytając moje książki okiem badacza, zauważyła, że niezwykle często pojawiają się w nich motywy akwatyczne. Sama jestem ciekawa, czego to dowodzi i jak można by to zinterpretować, bo rzeczywiście woda to żywioł dominujący w moich powieściach. Wracając jednak do Pani pytania: dochodzę do wniosku, że jedno zjawisko to dla mnie zdecydowanie za mało. Natura jest taka bogata! Dlaczego więc nie pokazywać właśnie tego bogactwa? 

 

Wywiad z Emilią Kiereś to cykl rozmów z pisarzami, którzy w swojej twórczości czerpią inspirację z przyrody. Jak natura wpływa na ich pisanie? Czy stanowi tylko tło, czy też pełnoprawnego bohatera opowieści?

Emilia Kiereś: Autorka i tłumaczka książek dla dzieci i młodzieży. Napisała ich kilkanaście, a przetłumaczyła ponad pięćdziesiąt. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (2000-2005). Laureatka wielu nagród i wyróżnień, zarówno za twórczość własną, jak i translatorską: jej tłumaczenie książki Abnera Graboffa There Was an Old Lady/Była raz starsza pani zostało wpisane na IBBY Honour List 2022 (w kategorii Przekład) oraz na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej 2021; z kolei tłumaczenie powieści Ellen Raskin The Westing Game/Gra o spadek otrzymało nominację (również w kategorii Przekład) w prestiżowym Plebiscycie Blogerów Książka dla Niedorosłych „Lokomotywa 2022”.

 

 

zdjęcia: archiwum prywatne E. Kiereś

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

trzynaście + trzy =