Żyjemy w czasach ekologicznego przebodźcowania. Z jednej strony bombardują nas apokaliptyczne wizje klimatycznej katastrofy, z drugiej – korporacyjny greenwashing, który próbuje nam wmówić, że bambusowa szczoteczka do zębów uratuje planetę. Efekt? Eko-lęk i wszechobecne zmęczenie tematem. Na szczęście wśród wielkich postaci mamy kogoś, kto realnie mógłby dziś zresetować nasze podejście do ochrony środowiska. Święty Franciszek z Asyżu. Gdyby żył w 2026 roku, jego zasięgi biłyby rekordy – a zaproszenia na szczyty klimatyczne ONZ nie mieściłyby się w skrzynce. Franciszek nie był jednak nudnym moralizatorem. Był pierwszym w historii radykalnym influencerem, który zamiast straszyć karą, uczył zachwytu. I to właśnie ten zachwyt mógłby stać się kluczem do nowoczesnej ekologii z duszą.

Fragment życiorysu św. Franciszka. XIII-wieczny manuskrypt pisany po łacinie. Fot. Wikimedia Commond.
Estetyka autentyczności i manifest zero-waste

Wyobraź sobie, że święty Franciszek zakłada profil w social mediach – zero idealnie wyreżyserowanych kadrów z luksusowych eko-resortów, zero promowania drogich, „zielonych” gadżetów, na które stać tylko nielicznych. Franciszek nie potrzebowałby estetycznych filtrów, bo jego contentem byłaby czysta, nieprzefiltrowana autentyczność. Zamiast współprac z markami odzieżowymi, które szyją ubrania z organicznej bawełny w fabrykach na drugim końcu świata – wolałby pokazywać prosty, wełniany habit naprawiany po raz setny. Nie ulega wątpliwości, że były to manifest prawdziwego zero-waste – zanim to pojęcie w ogóle stało się modne. Jego posty nie generowałyby lajków opartych na zazdrości, ale na tęsknocie za czymś, co bezpowrotnie gubimy w betonowych dżunglach – za głębokim, niemal mistycznym spokojem i jednością z naturą.

Brat Słońce i siostra Woda 

To właśnie ta „ekologia z duszą” byłaby jego najpotężniejszym wiralem. Dzisiejsi aktywiści często zamykają się w bańkach skomplikowanych wykresów, statystyk i nakazów, które zamiast motywować – paraliżują. Franciszek z Asyżu byłby zupełnie inny. Odczarowywałby ten narracyjny impas jednym, prostym przesunięciem akcentu – z poczucia winy na poczucie miłości. Nie mówiłby o topniejących lodowcach jak bezduszny algorytm, ale opowiadałby o nich jak o cierpiącym rodzeństwie. W świecie, w którym algorytmy karmią się naszym gniewem i polaryzacją, jego podejście – pełne czułości, braterstwa ze wszystkim, co żyje – stanowiłoby najbardziej przewrotne, a zarazem magnetyczne przesłaniem naszych czasów.

Influencer, który przywraca blask pokorze

Nie ulega wątpliwości, że żyjemy w epoce, w której każdy stara się być „jakiś”, krzycząc o uwagę w morzu cyfrowego szumu. Franciszek natomiast wygrałby ten wyścig, stosując radykalną strategię „bycia nikim” – jego content byłby antytezą narcyzmu. Zamiast selfie z filtrem upiększającym, publikowałby relacje z leśnych ścieżek, gdzie bohaterami nie są jego emocje, ale rozedrgane światło słońca wpadające między liście czy mrówka wędrująca po mchu. Ten „influencer pokory” nauczyłby nas, że zachwyt nie wymaga drogiego sprzętu ani dalekich podróży. Wystarczy zatrzymać się na sekundę i zauważyć, że rzeczywistość jest cudowna w swojej najbardziej prozaicznej formie. W świecie, który boi się nudy i ciszy – to właśnie on stałby się przewodnikiem po duchowym slow-life, przyciągając miliony ludzi zmęczonych gonitwą za tym, co ulotne.

Od technokratycznego zarządcy do brata wszechświata

Współczesna ekologia często przypomina arkusz kalkulacyjny w Excelu. Chcemy „zarządzać” naturą, „optymalizować” zasoby i „minimalizować ślad węglowy”. To podejście poprawne, jednak… pozbawione ducha. Franciszek z Asyżu przekierowałby naszą uwagę z pozycji właściciela planety na pozycję jej członka. Uczyłby, że relacja z naturą to nie transakcja – nie chodzi o to, by brać mniej i dawać więcej w ramach jakiegoś księgowego rozliczenia. Chodzi o relację osobową. Kiedy traktujesz rzekę jak „siostrę”, nie potrzebujesz ustawy, by jej nie zanieczyścić – po prostu nie krzywdzisz kogoś, kogo kochasz. To zmiana paradygmatu, której nie da się wyliczyć w żadnym raporcie ESG, a która jest jedynym trwałym fundamentem dla prawdziwej troski o nasz wspólny dom.

Radykalna empatia w czasach polaryzacji

Czy Franciszek byłby w stanie przetrwać w świecie cancel culture? Z pewnością byłby solą w oku wielu stron sporu. Jego ekologia nie byłaby ani lewicowa, ani prawicowa – byłaby radykalnie „poza” podziałami. Jako influencer, Franciszek łączyłby ludzi poprzez wspólną wrażliwość. Pokazałby, że nie ma sensu wyzywać się od „ekoterrorystów” czy „klimatycznych negacjonistów”, skoro wszyscy oddychamy tym samym powietrzem i pijemy tę samą wodę. Jego siłą byłaby zdolność do słuchania – również tych, którzy się z nim nie zgadzają. Uczyłby nas, że każdy element świata – od najmniejszego zwierzęcia po najuboższego człowieka – zasługuje na uwagę. To właśnie taka empatia, sięgająca poza ludzkie ego, jest tym, czego najbardziej nam dziś brakuje, by przestać niszczyć planetę, na której mieszkamy.

Czas na rewolucję czułości

Czy św. Franciszek z Asyżu w roku 2026 roku nie byłby kolejnym guru od motywacji, który mówi co mamy robić? Nie. Byłby towarzyszem, który pokazuje, co możemy czuć. Jego ekologia to zaproszenie do zachwytu, który rodzi odpowiedzialność – naturalną, płynącą z serca, a nie narzuconą przez lęk przed katastrofą. Jeśli chcemy uratować nasze środowisko, musimy przestać traktować naturę jak „zasób” do ochrony, a zacząć jak „dar” do celebracji. Franciszek – z jego zamiłowaniem do ptaków, wilków i słońca – byłby najlepszym przewodnikiem po tej duchowej rewolucji. Czas odkurzyć jego przesłanie i zrozumieć, że ekologia z duszą to jedyna droga, by przetrwać – i co ważniejsze  by naprawdę żyć, ciesząc się tym, co mamy wokół siebie.

Św. Franciszek rozmawiający z ptakami. Ryc. wg Johanna Antona Ramboux. Fot. Wikimedia Commons.
Cyfrowy post i odnalezienie rytmu stworzenia 

W świecie, w którym każdy z nas jest wylogowany z rzeczywistości, by być zalogowanym w chmurze, Franciszek zaproponowałby radykalny cyfrowy post. Jego najbardziej angażujące treści nie byłyby wideo typu „szybkie cięcie”, lecz transmisje na żywo z bezruchu – nagranie wschodu słońca, szumu drzew czy cierpliwego wyczekiwania na powrót ptaków do gniazda. Uczyłby nas, że bycie online nie musi oznaczać odcięcia od świata fizycznego. Pokazałby, że technologia może służyć jako lupa, przez którą przyglądamy się cudom codzienności, a nie jako zasłona odcinająca nas od żywej tkanki planety. W jego ujęciu, każda chwila uważności w świecie pełnym cyfrowych rozpraszaczy jest małym aktem oporu – wyzwoleniem z dyktatu prędkości na rzecz rytmu, który narzuca sama natura.

Ekonomia daru zamiast ekonomii posiadania 

Franciszek rzuciłby też wyzwanie fundamentom naszej konsumpcji. W erze, w której posiadanie jest wyznacznikiem statusu, on celebrowałby piękno „odpuszczania”. Wyobraźmy sobie jego serię postów pod hasłem #RadicalSimplicity, gdzie zamiast unboxingów nowych gadżetów, pokazywałby, jak dzielenie się z innymi wzmacnia poczucie wspólnoty. W świecie, który przelicza wszystko na „bycie eko” jako element wizerunku, Franciszek przypominałby, że prawdziwa ekologia zaczyna się od relacji z drugim człowiekiem, zwłaszcza tym wykluczonym. Przecież zanieczyszczona planeta i bieda to dwie strony tego samego medalu – zaniedbania brata. Jego przesłanie byłoby jasne: nie da się kochać przyrody, traktując jednocześnie drugiego człowieka jak przeszkodę w realizacji własnych celów.

Odpowiedzialność jako przywilej – nie ciężar 

Ostatecznie, profil św. Franciszka w social mediach byłby wielką szkołą wdzięczności. Zamiast budować narrację opartą na poczuciu winy za ślad węglowy – on celebrowałby możliwość sprawstwa. Każdy dobry wybór – posadzenie drzewa, świadoma rezygnacja z nadmiaru, pomoc słabszemu – byłby dla niego świętem, a nie tylko „obowiązkiem obywatelskim”. To subtelna, ale fundamentalna zmiana, która sprawia, że ekologia przestaje być przykrym ciężarem – a staje się przywilejem bycia opiekunem życia. Gdyby św. Franciszek był dziś influencerem, jego głównym hashtagiem nie byłoby #klimat, lecz #wdzięczność. W świecie zdominowanym przez cynizm i strach, to właśnie ta postawa „radykalnego zachwytu nad bytem” stanowiłaby najtrudniejszą do podważenia, a zarazem najskuteczniejszą strategię ratowania świata. Bo o to, co kochamy, dbamy bez przymusu – i to jest jedyna ekologia, która ma szansę przetrwać.

 

 

 

zdjęcie tytułowe | Enrico Tavian | https://unsplash.com/@enritav96

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

dwa × pięć =