Pisze o ludziach, którzy żyli na własnych warunkach – blisko natury, poza utartym szlakiem. Z Anną Kamińską rozmawiamy o tym, jak wybiera bohaterów swoich książek, co może powiedzieć pisarzowi przyroda i czy Simona Kossak naprawdę dała się opowiedzieć do końca.
Katarzyna Kamyczek: Puszcza Białowieska jest prastara. Kiedy czytałam „Simonę”, nie wiedząc jeszcze nic o Pani jako autorce, miałam wrażenie, że pisze ją ktoś z bardzo „starą duszą”. Czy Pani też czuje się czasem, jakby przynależała do innej epoki? Czy to właśnie dzięki takiemu „wewnętrznemu wiekowi” udaje się Pani słyszeć więcej – ludzi, przyrodę, historie, które inni przeoczają?
Anna Kamińska: Na spotkaniach autorskich z czytelnikami, którzy przeczytali moje książki zdarza mi się często słyszeć, że spodziewali się, że przyjedzie do nich ktoś zdecydowanie starszy… więc coś w tym jest (śmiech). Myślę, że to wszystko, o co Pani pyta to jednak kwestia wrażliwości, a ona nie ma wieku. Osobiście czuję się młoda duchem, szczególnie odkąd mogę realizować się twórczo i staram się wręcz tę „młodość” w sobie pielęgnować. To zresztą sprawiło, że od razu bardzo dobrze poczułam się wśród ludzi gór, osób w różnym wieku, ale zawsze młodych duchem, a nie tylko bardzo długo sprawnych fizycznie. I do dzisiaj, mimo, że od dawna nie pracuję już nad książkami górskimi i nie chodzę śladami Wandy Rutkiewicz, mam w tym środowisku wiele bliskich osób.
Czy zdarzyło się Pani kiedyś rozpocząć pracę nad biografią, a potem ją porzucić? Co musi mieć dana postać – poza fascynacją – żeby stać się bohaterką książki?
Musi z jednej strony mi imponować i fascynować, a z drugiej budzić we mnie całą paletę też innych emocji, wszystkie osoby, o których pisałam to tak zwane postaci kontrowersyjne, a najlepszym tego przykładem jest Marek Kotański. Tajemnice bohaterów, to czego sami nikomu nie powiedzieli, a co wydaje mi się intrygujące, czy jest w ich historii zagadką do rozwikłania niesie mnie w tej pracy, tak było w przypadku twórcy Maanamu – Marka Jackowskiego. Nie zdarzyło mi się rozpocząć pracy nad czyjąś biografią i potem ją porzucić, te wybory są często także intuicyjne, staram się siebie słuchać, a nie potrzeb rynku wydawniczego, czy ulegać presji innych i nigdy nie miałam poczucia, że to mnie zawiodło. Mam wręcz wrażenie, że taka uczciwość jest zawsze wynagradzana, uważni czytelnicy to doceniają, rozpoznają moją pasję i jakiś rodzaj „czystości” w tym co robię, a książki pozostają wciąż w czytaniu. Wszystkie postaci, które mnie fascynowały i przybliżam czytelnikom pozostają mi po latach bliskie, od wszystkich bardzo dużo zaczerpnęłam, nie tylko sama im dałam, przedłużając o nich pamięć.
Simona dzięki Pani książce i filmowi zaczęła żyć nowym życiem. Czy widzi Pani różnicę między tym, jak odbierają ją dziś młodsi ludzie, a tym, co dla Pani było w niej najważniejsze?
Myślę, że nie ma czegoś takiego jak jeden obraz Simony Kossak w oczach wszystkich młodych ludzi, mam poczucie, że każdy młody człowiek odbiera tę postać przez pryzmat swojej wrażliwości, świadomości, dojrzałości. To, co dla mnie było istotne to przede wszystkim to, by świat dowiedział się o Simonie, zanim powstała moja książka wiedziała o niej garstka przyrodników i naukowców oraz mieszkańcy Podlasia. Książka, którą napisałam rozpopularyzowała tę postać, ale to było oczywiście tylko jednym z założeń, jakie miałam pracując nad tą opowieścią i chodząc w Puszczy Białowieskiej śladami Simony.
Czy jako autorka biografii czuła Pani, że film oddaje Simonę taką, jaką ją Pani „poznała-opisała” – czy może Pani bohaterka wymknęła się już spod Pani narracyjnej kontroli?
Film na pewno nawet w małym stopniu nie oddaje złożoności postaci, jaką opisałam, szczególnie, że w książce pokazuję Simonę jako popularyzatorkę przyrody, za co pokochali ją ludzie i autorytet w sprawach Puszczy Białowieskiej. Nie miałam jednak nigdy takich pomysłów, żeby mieć kontrolę nad osobnym dziełem, jakim jest film i sprawdzać narrację reżysera. Nie mam też monopolu na życiorys Simony, ani poczucia, że miałabym nad nim w jakikolwiek sposób czuwać, to raczej zadanie dla spadkobierców; każdy twórca ma prawo snuć o niej własną narrację, czy to za pomocą słowa, czy obrazu.
Pisze Pani o kobietach, które często zasiedlały samotne, fizycznie wymagające przestrzenie – góry, Puszczę. Czy ich kontakt z naturą był dla nich bardziej formą schronienia, czy próbą przekroczenia siebie?
Tak, opisuję silne kobiety w dzikiej przyrodzie, tak jest przecież choćby z „szaloną Zośką Komedową”, wdową po Krzysztofie Komedzie, w mojej najnowszej książce o Bieszczadach pt. „Nie dopytuj się”. I w przypadku Zofii Komedowej rzeczywiście chodziło o schronienie, a nie sprawdzian swoich możliwości, jak w przypadku himalaistek Wandy Rutkiewicz, czy jej partnerki górskiej Haliny Krüger-Syrokomskiej, o których pisałam. To doświadczanie natury w przypadku Simony, która zrealizowała swoje marzenie o byciu badaczką dzikich zwierząt, czy pozostałych kobiet – moich bohaterek, jest jednak zawsze inne. Myślę, że ze szczegółami opowiadam o tym w swoich książkach, pokazując drogę kobiet do tych wybranych przez siebie miejsc w dzikiej przyrodzie, ich przygody, kryzysy i radości itd. Te książki właśnie są o tym, każda historia jest inna, bo np. zupełnie inna była filozofia gór, którą miała Halina, chodząc w nie z powodu przyrody i wspólnoty, a inna ta wyznawana przez Wandę.
W _Białowieży szeptem_ pisze Pani o rytuałach. Czy sama ma Pani np. ulubione miejsce może w lesie, gdzie zawsze rozpoczyna nową książkę?
Tak, mam takie miejsce pod Warszawą, pracownię z książkami, dom z ogrodem, pełen ciszy i rower, na który wsiadam i w pięć minut jestem w lesie na wydmach, bo teren jest tam podobny do tego, jaki jest w Kampinoskim Parku Narodowym. Kocham to miejsce, tu zawsze powstaje koncepcja książki, tu przyszły do mnie pierwsze zdania wielu opowieści, tu napisałam kilka bestsellerów. To mój azyl, mam w nim spokój, potrzebny do tego, by pisać.
Podczas zbierania materiałów do książek o Simonie czy o Białowieży musiała Pani spędzać sporo czasu w lesie, w puszczy, na odludziu. Czy było jakieś spotkanie – z człowiekiem, zwierzęciem albo ciszą – które Panią naprawdę zaskoczyło? Może coś, co wydaje się dziś nieprawdopodobne albo zabawne, ale wtedy zrobiło duże wrażenie?
To było zwykłe spotkanie ze stadem saren w Puszczy Białowieskiej, zwierzęta przebiegły mi przez drogę, zobaczyłam w ich oczach przerażenie, gdy nasz wzrok się spotkał i zrozumiałam wtedy, dlaczego Simona chciała badać te właśnie zwierzęta. Ciszę lubię i wszędzie jej szukam, unikam hałasu, jakie niesie ze sobą każde miasto, mieszkam pod Warszawą, w małej miejscowości, więc cisza nie jest dla mnie zaskakująca, jest codziennością. Tak samo zwierzęta: łosie, dziki, sarny spotykam często na swojej drodze, czy to spacerując, czy jadąc rowerem; widuję na co dzień jeże, bażanty, czy żaby.
Ludzie żyjący blisko natury często mają własny język, przesądy, humory. Czy w trakcie dokumentowania swoich historii spotkała Pani kogoś, kogo sposób myślenia był tak osobny, że musiała Pani zupełnie przestawić własną perspektywę? Pamięta Pani taką rozmowę, która „przestawiła Pani busolę”?
Pamiętam spotkanie do mojej ostatniej książki o Bieszczadach, gdy mój rozmówca powiedział, że dziwi się, że mu jeszcze igliwie nie wyrasta na rękach tak jest zrośnięty z lasem wokół swojego domu. A inny mówił, że mieszka w Bieszczadach, bo może spotkać tu „każdego”, czyli niedźwiedzia, żbika, czy rysia i to go trzyma w tym miejscu. Myślę, że takie rozmowy pomagają zrozumieć osobę, która wybiera do życia miejsce surowe, osobne, trudne na przykład do przetrwania zimą. Praca nad „Simoną” pełna była zaskoczeń, na przykład, gdy spotykałam osoby, które mówiły przed wszystkim o roślinach, a nie o swoich dzieciach i przygotowała mnie do innych spotkań, choćby z rozmówcami do książki o Bieszczadach.
Czy zdarzyło się, że natura Panią jakoś „przetrzymała” – nie dała wejść, nie pokazała tego, po co Pani przyjechała? Padał deszcz, nikt nie chciał rozmawiać, droga zarosła? Innymi słowy – czy przyroda kiedyś powiedziała Pani „nie teraz”?
Nie mam takiego wrażenia. Gdy chciałam zobaczyć Dolinę Hulskiego w Bieszczadach to poszłam do niej w deszczu, bo osoba, która zna to miejsce jak własną kieszeń mogła mi je pokazać tylko w określony dzień, a akurat wtedy lało jak z cebra. W Bieszczadach nie raz musiałam porzucić samochód i przejść pieszo pod górę, czy w dół, żeby do kogoś dotrzeć do domu, czy przeprawić się przez kilkumetrowe zarośla. Mam dużo pokory, szczególnie wobec gór i rozumiem, że nie wszystko może się zdarzyć, kiedy sobie tego życzymy, ale nie myślę o tym w kategorii chęci, czy nie chęci przyrody, tylko raczej mojej gotowości do tego, by w niej być, czyli współpracy.
Przepraszam, że tak dużo wciąż o Simonie, ale gdybyście miały okazję porozmawiać, pobyć. To o co chciałaby Pani ją zapytać? Co wspólnie zrobić? Może kiedyś gdzieś się spotkacie…
Zapytałabym ją na pewno o sprawy najważniejsze o miłość, przyjaźń, wolność i pasję, czy o to, co wzięła dla siebie z buddyzmu, a co jest mi bliskie. Wierzę, że byłyby to rozmowy istotne, jak mawiał Witkacy. Na pewno zapytałabym ją o moją najnowszą książkę „Nie dopytuj się. Historie z Bieszczadów. O kobietach, lesie i wężu w Dolinie Sanu” i o to, jak odnajduje tę opowieść. Odwiedzałam miejsca, w których Simona bywała w Bieszczadach i myślę, że to też mogłoby być świetnym tematem naszej rozmowy. Moje wyprawy nad San wynikały także z tego, że tam bywała, wiedziałam, że kochała Bieszczady.





