Choć o tej porze roku przyroda wydaje się pogrążona w uśpieniu – gałęzie są nagie, dni krótkie, a w lesie panuje cisza – pod ziemią i pod korą wciąż tętni życie, przygotowujące się do nowego cyklu. O tym, jak drzewa radzą sobie z mrozem, co dzieje się w zimowym lesie i jak możemy dostroić własny rytm do rytmu natury, opowiada Agnieszka Antosik – autorka „Leśnej terapii”, dendroterapeutka.
Katarzyna Kamyczek: Listopad i grudzień często kojarzą nam się z uśpioną przyrodą. Czy to rzeczywiście czas ciszy, czy może pod ziemią i pod korą dzieje się coś, czego nie widzimy?
Agnieszka Antosik: To bardzo szerokie pytanie, na które można by odpowiadać i odpowiadać. Najogólniej zatem opowiem o drzewach, o których z oczywistych względów mam najwięcej wiedzy. Rzeczywiście ustaje w tym czasie ich wzrost, z komórek wycofana zostaje woda, by nie pękały na mrozie. Za to gromadzą się cukry i skrobia, które wspierają odporność drewna na przymrozki. Jeżeli żyją w nim jakieś pasożyty, owady czy grzyby, to i one wchodzą w czas hibernacji. Ale już pod ziemią dzieje się sporo – jak długo gleba nie zamarznie, a przy ostatnich, łagodnych zimach, to prawie nie następuje, tak długo korzenie pozostają aktywne, pobierają wodę i składniki odżywcze. Dlatego właśnie dendroterapeuci utrzymują, że łączność z pozornie nieaktywnym drzewem liściastym można uzyskać stosując tzw. chwyt zimowy, czyli nisko, blisko ziemi. Pod ziemią znajdują się też liczne nasiona, takie jak korzenie czy żołędzie. Zimą przechodzą konieczny proces stratryfikacji, czyli chłodzenia, bez którego niemożliwe byłoby wykiełkowanie na wiosnę.
Drzewa zrzucają liście — ale po co właściwie to robią? Czy to tylko sposób na przetrwanie zimy, czy ma to też inne znaczenie?
Oczywiście, zrzucenie liści to dla drzew gwarancja przetrwania zimy. Po pierwsze, są one zbędne – w trakcie mrozów i przy zmniejszonej ilości światła słonecznego, ani nie mogą one pobierać wody, ani fofosyntezować. Po drugie, te zbędne liście stanowią dla drzewa zagrożenie. W okresie, gdy wieją silne wiatry i panuje mróz, byłyby jak żagiel, który naraża drzewa na uszkodzenia. Pamiętajmy, że ciężar szronu czy też śniegu to również poważne obciążenie. Pokrycie taką okrywą liści naraziłoby drzewa na złamania.
Co z roślinami (drzewami) zimozielonymi? Wyglądają, jakby zimą nic im nie przeszkadzało — mają jakiś sekret?
Tak, one opracowały własną strategię na ten trudny czas. Pozwala im to podczas odwilży i lekkich mrozów fotosyntezować. Aby nie doszło do zamarznięcia i rozsadzenia komórek, w których gromadzi się wtedy woda, igły pokrywa gruba warstwa wosku. W ten sposób iglaste nawet zimą, nieznacznie co prawda, ale przyrastają.
Czy w tym chłodnym, szarym okresie są w przyrodzie jakieś „ukryte oznaki życia”, na które warto zwrócić uwagę spacerując po lesie?
Jeżeli byłyby dobrze ukryte, to przeoczylibyśmy je na spacerze. Ale są w zimowym lesie takie elementy, które same przykuwają wzrok! I nie tylko wzrok zresztą. Bo nawet jeżeli zima jest pozbawiona śniegów, jak to najczęściej ostatnio bywa, to jest to jednak czas, w którym w lesie jest najwilgotniej, a to oznacza okres obfitości dla mchów oraz grzybów. Tak właśnie – na grzybobranie wcale nie tylko jesienią! Kiedyś spacerowałam po zimowym lesie z mykolożką. W przeciągu godziny pokazała mi trzydzieści gatunków jadalnych grzybów. Prawda, niektóre z nich były kropeczkami na gałęziach i pomysł pozyskiwania ich do jedzenia byłby dość karkołomny, ale sama frajda dostrzeżenia bogactwa barw i kształtów – natura jest artystką pełną fantazji, a przy wyszukiwaniu zimowych grzybów szczególnie można to docenić. A rozkosz zanurzenia dłoni w miękkich, nasyconych wreszcie wilgocią mchach… Zimowy spacer po lesie, nawet w pozornie najmniej efektownym czasie, gdy nie ma śniegu, to naprawdę szansa na wiele zmysłowych doznań, wcale nie tak bardzo ukrytych. Byle tylko niespiesznie wędrować i włączyć opcję “mikroskala” w obserwacjach.
Jak my, ludzie, możemy lepiej „zsynchronizować się” z rytmem przyrody w tym czasie spoczynku — czy warto też trochę zwolnić i odpocząć jak drzewa
Byłoby cudownie, gdyby to było możliwe. Niestety, to nasi przodkowie wraz z wycofującą się aktywnością przyrody wokół siebie, nie tylko mogli, ale wręcz byli zmuszeni zwolnić. Ich życie regulował rytm skracających się dni. My, na przekór naturze, wstajemy w ciemnościach i zasilani sztucznym światłem, nie zwalniamy z aktywnością, bo przecież nikt nie uwalnia nas od obowiązków z racji przejścia w ciemną połowę roku. Co w tej sytuacji? Osobiście wykorzystuję wolne chwile na zasilanie się mocą w sosnowych lasach. To nie tylko możliwość obcowania z drzewami, które pozostają aktywne zimą i słyną ze szczególnie ognistego temperamentu, ale również bezcenna dawka powietrza wolnego od smogu, możliwość wchłonięcia olejków eterycznych, błogosławieństwa dla naszych górnych dróg oddechowych. Serwując sobie sosnową kąpiel leśną raz w tygodniu, zyskujemy szansę na łatwiejsze przetrwanie wyzwań zimowej codzienności. Pod warunkiem oczywiście, że zadbamy o zasilenie na co dzień. Osławiony kocyk, rozgrzewająca herbatka i dobra książka, no i porządna ilość godzin snu – to są przecież patenty sprawdzone od wieków! Ja sobie ich nie żałuję i Wam też to polecam.
Agnieszka Antosik –- autorka „Leśnej terapii” i „Drzewnika”, z wykształcenia filolożka, dendroterapeutka i praktykująca przewodniczka kąpieli leśnych. Opowiadaczka i współtwórczyni podcastu „Leśne objawienia”. Od kilku lat pracuje z otwieraniem głosu, organizując stałe zajęcia ze śpiewem białym. Trzyma Kręgi Kobiet. Dla zaprzyjaźnionych wiąże czasem motanki, czyli słowiańskie lalki mocy.
Na zdjęciach Agnieszka Antosik, archiwum prywatne





