Znajomy restaurator, kiedy przyjechał do Polski ze Stanów Zjednoczonych na początku lat 80. do dnia dzisiejszego wspomina smak pomidorów i ogórków, którymi poczęstowali go znajomi. „Chrupiące, pachnące, cały bukiet smaków. To były zdrowe produkty”. W PRL-u o ekologii raczej nikt nie słyszał, po prostu jadło się to, co akurat urosło, nosiło ubrania po starszym rodzeństwie, a zakupy w sklepach pakowano w papierowe torby, bo innych nie było. Taka była rzeczywistość. Trzeba było się dostosować i nauczyć w niej funkcjonować. Aktualnie mamy wybór, by żyć ekologicznie, ale czasem o tym zapominamy. Szanujmy się!

Wielki biznes z każdej strony próbuje wpłynąć na naszą wolę, zmysły, wyciągnąć od nas i o nas jak najwięcej informacji za pomocą m.in. aplikacji, które zapamiętują nasze zakupy. Wielkie korporacje kształtując wybory konsumentów tak, jak im pasuje, osiągają gigantyczne zyski. Wiadomo nie od dziś. Dlatego nie dawajmy się, szanujmy to, co dla nas ważne. Nie zapominajmy o tym. Mamy wpływ na to, co jemy, nosimy i jak traktujemy naturę. Dobrym przykładem (inspiracją) szacunku dla tożsamości innych może być amazoński obraz Matki Bożej we franciszkańskim klasztorze w Boliwii. Madonna na nim ubrana jest w typowy dla kobiet tego regionu tipoy, na głowie ma koronę z ptasich piór i umieszczona została w krajobrazie Amazonii, w scenerii pełnej ptaków, zwierząt i roślin. Jest Indianką, wpisuje się w kulturę, nie burzy zwyczajów ludności, do których świata wkracza, by coś im dać…

Chrupiące i jędrne marchewki

Wracając do rzeczywistości w Polsce Ludowej. Monika, która prowadzi lokalny warzywniak, opowiada, że impulsem do założenia były wspomnienia z młodości, która przypadała na początek lat 90. – Chrupiące marchewki, które nie czerniały, a buraki po kilku dniach nie robiły się jak wata. Tęskniłam do tego – opowiada.

Wraz z otwarciem granic i wolnym rynkiem pod koniec lat 90. do Polski zaczęły napływać tanie pomidory, ogórki, sałaty uprawiane w dalekich krajach.

– Zanim otworzyłam sklep, kupowałam warzywa w marketach, które są przechowywane w chłodniach i nie mają smaku” – dodaje. Monika kiedy kupuje w dużych sieciach owoce, których nie sprzedaje u siebie w sklepie, czyli, przykładowo ananasy, skanuje znajdujący się na owocu kod kreskowy za pomocą specjalnej aplikacji i sprawdza dostawcę, warunki transportu.

– W swoim sklepie sprzedaję tylko świeże sezonowe owoce i warzywa. Chcę być wiarygodna w tym, co robię i w co wierzę. A wierzę, że warto jeść to, co akurat natura wyprodukowała (śmieje się). Wiosną jest wysyp botwink, szparagów, młodej cebulki czy kapusty. A do tego truskawki! Cały arsenał witamin, błonnika pokarmowego i niektórych składników mineralnych. Czego chcieć więcej” – opowiada. Monika kocha też stare odmiany jabłek.

– Może za ich smak? Nie są tak strasznie słodkie jak nowe – zastanawia się głośno. Zdaniem specjalistów historyczne odmiany jabłoni były dostosowane do warunków naszego kraju. „Tak jak człowiek. Jeśli mieszka w danym środowisku, to potrafi się do niego przystosować. Jeśli z zimnego klimatu pojedziemy na południe, to przez jakiś czas będziemy się męczyć, ale potem się przyzwyczaimy. Podobnie jest z jabłoniami – potrafią się dopasować, nie są tak podatne na choroby, na mrozy, na wyleganie”. (*) Monika cieszy się, bo klienci coraz częściej chcą kupować jabłka ze starych odmian takich jak: Antonówka, Grochówka, Reneta Landsberska, Kronselka, Reneta, Złota Reneta, Kosztela.

– Gdyby udało mi się je zdobyć, zajęłyby miejsce w całym sklepie. Nie jest łatwo, bo uprawiają je przeważnie rolnicy, którzy sami jeżdżą ze swoimi produktami po lokalnych bazarach i nie dzielą się nawet z małymi sprzedawcami – mówi Monika z żalem w głosie. Mały asortyment w jej sklepie to gwarancja, że nic się nie zmarnuje. Pod koniec dnia, jak zostają jakieś produkty – właścicielka wykłada je na zewnątrz do skrzynki przed wejściem do sklepu.

Załóż to jeszcze raz

Agnieszka chętnie robi rundę wieczorną z pieskiem przy sklepie Moniki.
– Właścicielka w skrzynkach wystawia za darmo warzywa. Z przejrzałych przykładowo liści rzodkiewki – robię peso, które idealnie pasuje do ziemniaków. Czasem chodzę po zamknięciu marketów po banany, które im miększe, tym lepsze do upieczenia bananowego chlebka. Są grupy na Facebooku, gdzie można dostać grafik, gdzie i o której godzinie sklepy pozbywają się gorzej wyglądających towarów – opowiada z nutą zdobywcy w głosie Agnieszka.

U niej też nie marnują się ubrania. Nosi to, na co wymieni się z koleżankami lub kupi za grosze na wyprzedażach garażowych.
– Przed pandemią lubiłam robić zakupy w centrach handlowych. Od tamtego czasu wolę upolowane perełki na wymianach ubrań.

W tym miejscu w tekście niezbędne będą dane, których nikt przeważnie nie lubi czytać, ale są przerażające i warto je znać: Polacy wyrzucają przeciętnie 5 kg ubrań. USA mają pod tym względem szokujący wynik: 30 kg, w sumie 8 mld kg ubrań wyrzucanych na śmietnik rocznie. Z tego tylko 15 proc. wykorzystywanych jest powtórnie dzięki recyklingowi (**).

Pojęcie fast fashion znamy już od lat 80, kiedy to firmy wchodząc na rynek amerykański osiągnęły rekordową szybkość produkcji. Producenci cenami i okazjami zachęcali do ciągłego kupowania więcej i więcej. Ten trend wciąż trwa, a branża przyśpiesza. Transport niewyobrażalnej ilości ubrań, zanieczyszcza powietrze i wody wokół fabryk. Koniecznie czytajmy etykiety, bo ogromna większość materiałów użytych do stworzenia ubrań w sieciówkach (***) wykonana jest aż w 64% z poliestru (materiał syntetyczny, produkowany na bazie ropy naftowej) lub słabej jakości bawełny.

Choć opinia publiczna bardzo często reaguje oburzeniem na takie informacje, swoich nawyków konsumenci nie zmieniają. Owszem sprawdzają, ale czy ubrania, które kupują, wyprodukowano w sposób uczciwy.

Wrzućmy coś na ruszt

Na koniec zjawisko, którego nie znał PRL. Grill. Kiedyś były ogniska. Kto był w dzieciństwie na obozach czy koloniach, ma związane z nimi miłe wspomnienia. Przez pół dnia zbierało się suche gałęzie i drewno, dzięki którym można było wieczorem rozpalić ogień i rozkoszować się smakiem ziemniaków z ogniska. Rozpoczął się właśnie sezon na tą ulubioną rozrywkę Polaków. Przeważnie paliwami do grilla są drewno i brykiet, ale systematycznie na popularności zyskuje także pellet (małe drzewne granulki wykonane ze sprasowanych trocin, czyli biomasa). Wyprodukowany jest z drewna liściastego (klon, orzech, wiśnia, dąb, jabłoń.

Podczas spalania charakteryzuje się niską zawartością dwutlenku siarki i innych substancji szkodliwych. Spala się niemal w całości, grillowanie staje się łagodniejsze dla środowiska. Wspomniany znajomy z początku tekstu, przypomniał mi ostatnio, że zachód zrobił wiele, by oddzielić ciało od duszy, a co najważniejsze (o zgrozo!)… człowieka od natury. Nadal pracuje w branży gastro, a w wolnym czasie stara się uprawiać przydomowy ogród, gdzie uprawia warzywa w duchu eko. Mówi, że to nie łatwe zadanie…

(*) Źródło: Anna Zaremba, Polska Akademia Nauk Ogrodu Botanicznego – Centrum
Zachowania Różnorodności Biologicznej w Powsinie, /klaudynahebda.pl/
(**) Źródło: dane szwedzkiej firmy H & M.
(***) Źródło: Raport Bloomberg

 

 

fot. Karolina Kołodziejczak

Katarzyna Kamyczek
Absolwentka wydziału dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Stowarzyszenie Autorów ZAiKS. Współpracowała m.in. z portalami „Onet”, „Zwierciadło”, „Zieleń miejsca”. Od 2018 roku prowadzi bloga oludziach.com, gdzie pisze o osobach-pasjonatach. W kręgu zainteresowań znajdują się tematy ekologiczne, ochrona środowiska, smart city, duchowość, kultura (książki w duchu eko). Wielbicielka jamników i jamnikopodobnych. Opiekunka adopcjanina w stylu paróweczka na czterech nóżkach. Choć kto wie… kto się w tym związku kim opiekuje. Jest pewna, że zwierzęta mają duszę. „Jasne, jak słońce”.

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!