Nie umiem kalkulować. Potrafię publicznie powiedzieć, że coś jest nie tak, nawet jak wiem, że nie zaproszą mnie gdzieś kolejny raz. Jak przekonać biznesmenów, żeby też tak żyli? Nie skupiali się na cyferkach na koncie, ale na poczuciu misji – świadomości, że naprawdę mają wpływ na to, czy świat natury spłonie, czy nie. Żeby choć trochę uwagi poświęcili planecie. Jak tego dorosłego nauczyć tej wrażliwości, którą mają młodzi ekolodzy?
Współpracuję z biznesem i to bardzo blisko. I z tym biznesem to wygląda tak, że jeżeli firma dostaje nakaz raportowania, jak się sprawdza w ekologii, to ona musi ten raport wypełnić i coś zrobić. A jeżeli współpracuję z firmą wiele lat i szefostwo tej firmy mówi mi tak: „Na początku to byśmy was – ekologów – mieli za wariatów, trochę nienormalnych. Wy coś mówiliście o niejedzeniu mięsa i takich różnych rzeczach, w ogóle coś”.
A teraz siadam z szefami, szefowymi tych firm w kręgu i puszczam kamień. To jest stara metoda inspirowana tradycją rdzennych ludów Ameryki Północnej. W kręgu każdy jest równy. Ten, kto trzyma kamień, ma prawo mówić, reszta słucha w ciszy. Potem kamień wędruje dalej, nikt nie przerywa, nikt nie ocenia. To uczy uważności i otwiera na rozmowę, także o tym, co zwykle w biznesie przemilczane – o uczuciach, o relacjach z bliskimi i ze światem. Kamień zawsze chodzi w krąg. I nagle okazuje się, że się zmieniliśmy. Już nie ma dyskusji, że na spotkaniach z nami nikt nie je mięsa na lunch. Po prostu nie ma. Ale nie dlatego, że chcemy zmieniać ludzi, żeby byli wegetarianami, bo nie będą nimi wszyscy. Chcemy pokazać, że można tak żyć. Że można raz, dwa, trzy razy w tygodniu nie zjeść mięsa.
Ale ma to być świadomy wybór. I świadczymy. Świadczymy swoją postawą. Nie mogę oczekiwać, że przykładowo młodzi ludzie: ekolodzy, będą w porządku wobec świata, jeśli sam taki nie jestem. Nikt z nas nie jest doskonały. Zdarzają się nam oczywiście wpadki.
Zauważyłem, że jeżeli mam kontakt z szefostwem firmy, to jest to zupełnie inna rozmowa, niż gdy rozmawiam z PR-owcem, HR-owcem albo kimś oddelegowanym.
Z tymi, którzy muszą „grać gry”, rozmowa jest sztuczna. Ale kiedy spotykam się z ludźmi decyzyjnymi w kręgu z kamieniem, widać, że są normalni. Tyle że muszą trzymać się reguł rynku. I tu tkwi problem – nawet jeśli ktoś w biznesie chciałby zmiany, to się boi, że konkurencja go zmiecie. I rzeczywiście – kto się na to odważy?
Rozwiązania są dwa. Będąc szczery i brutalny: w dziejach świata zmiany zaczynają się zwykle dopiero wtedy, kiedy przychodzą potężne kryzysy. A taki właśnie mamy. Ostatnio ktoś zapytał mnie o przyszłość. Powiedziałem: być może rolnicy zrobią przełom, kiedy za rok nie będą mieli wody i wyjdą na ulice. Bo zorientują się, że wmawiano im, że nie ma zmian klimatu, że wszystko będzie dobrze. Ale nie będzie dobrze. Po prostu pewnego dnia zabraknie wody. A jak jej nie będzie, to stracą podstawowe źródło dochodu i skończy się dyskusja, czy to prawica, lewica, centrum, zieloni czy czarni – są winni. Nie ma wody. Żywność drożeje dramatycznie. I wtedy zaczynie się prawdziwa rozmowa…
fot. tytułowa: Beaumont Yun





