Coraz częściej towarzyszą mi mieszane odczucia wobec kolejnych konferencji klimatycznych COP. Tegoroczny szczyt, który odbywał się na początku listopada w brazylijskim Belém, tylko je wzmocnił. Z jednej strony cieszę się, że rządy państw, uczestnicząc w tych spotkaniach, dostrzegają powagę sytuacji i deklarują gotowość do działania. Z drugiej jednak – coraz wyraźniej widać, jak papierowe są te deklaracje i jak często ton debacie nadają nie państwa, lecz globalne korporacje.
Jeszcze przed rozpoczęciem konferencji swoje oczekiwania przedstawił António Costa, przewodniczący Rady Europejskiej. Podkreślał: COP 30 odbywa się w decydującym momencie naszej walki ze zmianą klimatu. Szansa na podjęcie działań i uniknięcie nieodwracalnych skutków dla ludzkości i przyrody niedługo się skończy. W świetle zagrożenia egzystencjalnego, jakim jest zmiana klimatu, szczególnego znaczenia nabiera niezachwiane zobowiązanie Unii Europejskiej do realizacji porozumienia paryskiego.
Kto mógłby się z takimi słowami nie zgodzić? A jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że podobne deklaracje słyszymy co roku – i że co roku niewiele z nich wynika. Wielkie słowa powracają jak refren, lecz za nimi rzadko idą decyzje na miarę skali wyzwania.
Z jednej strony obserwujemy coraz większą aktywność ruchów społecznych zaangażowanych w sprawy klimatu oraz rosnącą presję opinii publicznej, która w wielu krajach świata zaczęła realnie wpływać na język polityki. Tematyka środowiskowa stała się istotnym elementem kampanii wyborczych, sporów partyjnych i debat publicznych. Z drugiej strony widać jednak bezceremonialność największych potęg, które nadal nie liczą się z klimatycznymi konsekwencjami swoich działań. Do Rosji i Chin coraz wyraźniej dołączają także Stany Zjednoczone.
COP-y coraz bardziej przypominają polityczny rytuał – konieczny do odegrania, by zachować pozory sprawczości. Jest scena, są deklaracje, wspólne zdjęcia i końcowy dokument, o którym z góry wiadomo, że nie będzie realnie egzekwowalny. Zamiast procesu prowadzącego do rzeczywistej transformacji otrzymujemy cykliczne potwierdzenie, że wszyscy „rozumieją powagę sytuacji”, choć system, który ten kryzys wytwarza, pozostaje w gruncie rzeczy nietknięty.
Coraz wyraźniej widać też, kto naprawdę nadaje ton tym spotkaniom. Język troski o klimat jest kolonizowany przez korporacje: neutralność klimatyczna bez realnej redukcji emisji, offsety zamiast odpowiedzialności, innowacje zamiast koniecznych ograniczeń. Klimat stał się kolejnym obszarem rynkowej ekspansji, a nie granicą wzrostu, której nie wolno przekraczać.
W tej układance klimat przegrywa z geopolityką. Wojny, rywalizacja gospodarcza, bezpieczeństwo energetyczne i krótkoterminowe interesy narodowe skutecznie spychają długofalowe zobowiązania na dalszy plan. Nawet Unia Europejska, chętnie prezentująca się jako lider zielonej transformacji, coraz częściej balansuje między ambicją a lękiem przed utratą konkurencyjności.
Symboliczne jest to, że COP odbywał się w sercu Amazonii, podczas gdy głos krajów Globalnego Południa wciąż pozostaje marginalny. To one ponoszą największe koszty kryzysu klimatycznego, choć w najmniejszym stopniu korzystały z paliwowej prosperity Globalnej Północy. Fundusze adaptacyjne, mechanizmy dotyczące strat i szkód – wszystko to nadal funkcjonuje bardziej jako obietnica niż realny wyraz międzynarodowej solidarności.
I tu wracamy do pytania z tytułu: co nam dają COP-y? Czy naprawdę możemy jeszcze traktować te konferencje jako miejsce, w którym ważą się losy klimatu, czy raczej jako przestrzeń podtrzymywania zbiorowych złudzeń? Być może prawdziwa zmiana nie wydarzy się w salach konferencyjnych, lecz pod presją społeczną, prawną i ekonomiczną – tam, gdzie politycy i korporacje nie będą już mogli poprzestawać na samym języku deklaracji.
fot. Karsten Wurth | unsplash.com





