
Najpierw pustoszeją obory, potem zarastają miedze i znikają gatunki, które przez stulecia żyły obok gospodarstw. Kiedy tradycyjne rolnictwo odchodzi, zmienia się nie tylko krajobraz, lecz cały wiejski ekosystem. O tym, co się z nim dzieje, opowiada prof. Piotr Tryjanowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.
Katarzyna Kamyczek: Jedziesz przez Polskę i coraz mniej wsi. Domki eleganckie, trawka przystrzyżona. Zwierzaków brak. Po jajka i sery mieszkańcy jadą do sklepu.
Piotr Tryjanowski: Wieś nie znika jako system zabudowy, raczej znikają gospodarstwa rolne. Domów jest więcej niż kiedyś, ludzi na wsi też miejscami przybywa, bo trwa suburbanizacja. Zniknęło natomiast coś, czego nie widać na zdjęciu satelitarnym: codzienna, drobna, rozproszona krzątanina wokół obejścia. Obora, kupka obornika za stodołą, kury grzebiące w podwórku, rozsypane ziarno, kałuża przy gnojowniku, sad z dziuplastą jabłonią, płot porośnięty pokrzywą.
Dla mnie, jako ornitologa, to nie jest kwestia estetyki. To jest lista zasobów. Każdy z tych elementów był dla jakiegoś gatunku spiżarnią, miejscem gniazdowania albo zimowym schronieniem. Dymówka gniazduje praktycznie wyłącznie w budynkach gospodarskich i wyraźnie preferuje te, w których trzyma się bydło. Wróbel i mazurek korzystały z rozsypanego ziarna. Płomykówka i pustułka – ze strychów i wież, a kopciuszek – ze szczelin w murach. Nowy dom jest szczelny: ocieplony, otynkowany, bez szczeliny, bez okapu, bez strychu. Termomodernizacja to jedna z najskuteczniejszych, całkowicie nieświadomych akcji eksmisyjnych w historii polskiej przyrody.
W Karkonoszach tradycyjne rolnictwo zanika, park musi organizować wypas owiec i krów, żeby utrzymać łąki. Czy to prognoza na przyszłość – najpierw znika rolnik, a potem trzeba organizować wypas, żeby utrzymać krajobraz, który przez wieki tworzyły zwierzęta?
To nie tyle prognoza, ile trafna diagnoza, już postawiona. I moim zdaniem – z racji zainteresowań pasterstwem – być może najważniejszy wątek całej tej rozmowy.
W Polsce mamy głęboko zakorzenione przekonanie, że ochrona przyrody polega na odsunięciu człowieka. W lesie pierwotnym – owszem, pełna zgoda. Ale większość najcenniejszych siedlisk otwartych naszego kontynentu to siedliska antropogeniczne. Hale, połoniny, murawy kserotermiczne, łąki zmiennowilgotne, wrzosowiska – one nie są „resztkami dzikości”. One są dziełem kilkuset, a często kilku tysięcy lat wypasu. Karpaty w dzisiejszym kształcie współtworzyli Wołosi, którzy przynieśli tu kulturę pasterską i redyk. Zabierz owcę, a po dwudziestu latach masz borówczysko, trzcinnik, potem świerk i brzozę. Krajobraz się nie „zdziczeje”, tylko się zamknie. I razem z nim znikną gatunki, o które nam chodzi: świergotek łąkowy, pokląskwa, derkacz, gąsiorek, w wyższych górach siwerniak. Nie dlatego, że ktoś je wytruł, tylko dlatego, że przestało dla nich istnieć piętro roślinności, w którym potrafią żyć.
Dlatego mówię czasem złośliwie, że sekwencja wygląda tak: najpierw znika pasterz, potem znika łąka, potem znikają ptaki, a na końcu zjawia się projekt na odtworzenie tego wszystkiego – zwykle znacznie drożej, niż kosztowałoby utrzymanie pasterza.
Dodam rzecz, o której rzadko się mówi: zwierzę na pastwisku jest inżynierem ekosystemu nie tylko dlatego, że zgryza trawę. Ono produkuje odchody, a odchody to osobny, bardzo bogaty ekosystem — żuki gnojarze, muchówki, a za nimi ptaki i nietoperze. Dziś ta sieć jest rozrywana także chemicznie, bo powszechnie stosowane odrobaczanie bydła sprawia, że w krowich plackach nie ma już życia. Krowa stoi na pastwisku, a pastwisko i tak jest puste.
Kiedy to się zaczęło? I czy ten proces można jeszcze zatrzymać?
Zaczęło się dawniej, niż nam się wydaje, i miało kilka warstw. Pierwsza to mechanizacja i chemizacja – w Polsce realnie od lat 60. i 70. Druga to melioracje: osuszyliśmy ogromne powierzchnie i to była zmiana być może najbardziej brzemienna, bo woda w krajobrazie decyduje o wszystkim. Trzecia to lata 90. – nieopłacalność drobnej produkcji, koniec PGR-ów, wymogi sanitarne, przy których trzymanie dwóch krów przestało mieć sens. Czwarta to akcesja do Unii w 2004 roku, która ten proces przyspieszyła i zracjonalizowała: koncentracja, specjalizacja, skala. Liczba gospodarstw spadła o setki tysięcy i wciąż spada. Piąta, najnowsza, to suburbanizacja – wieś jako adres, nie jako warsztat pracy. Od razu dopowiem: sam też jestem dzieckiem tych procesów, zarówno jako ich obserwator, jak i z własnego wyboru. Mieszkam na podpoznańskiej wsi.
Czy można zatrzymać? Nie i nie sądzę, żeby to był dobry cel. Nie zbudujemy skansenu z żywych ludzi, bo oni mają prawo do takiego życia, jakie sami wybiorą. Natomiast możemy zdecydować, w którą stronę ten proces pójdzie – i tu jest przestrzeń realnej polityki.
Kluczowe pytanie brzmi: za co płacimy. Dziś w dużej mierze płacimy za posiadanie hektara i za utrzymanie go „w dobrej kulturze rolnej”, co w praktyce oznacza jednorazowe wykoszenie. To jest system, który premiuje porządek, a nie funkcję. Powinniśmy płacić za efekt: za mozaikę, za miedzę, za zadrzewienie śródpolne, za oczko wodne, za późne koszenie, za obecność zwierząt na pastwisku. Za to, że ktoś zostaje i to obsługuje. Bo krajobraz rolniczy nie utrzymuje się sam – on jest utrzymywany.

Powstają wielkie fermy i plantacje. Czy w takim modelu jest miejsce dla rolnika? Czy może stać się podwykonawcą wielkiego przemysłu spożywczego?
W wielu branżach już nim jest. Klasyczny przykład to drób: integrator dostarcza pisklęta, paszę, technologię i odbiera żywiec. Rolnik wnosi budynek, kredyt, pracę, ryzyko oraz – to nie jest złośliwość, tylko fakt – konflikt z sąsiadami o przykre zapachy, wręcz odór. Marża zostaje na górze łańcucha. Formalnie to przedsiębiorca, praktycznie operator linii technologicznej ulokowanej na jego działce.
Ale ostrzegałbym przed prostym podziałem na złą wielkoskalowość i dobrą drobnicę. Z perspektywy przyrodniczej najważniejszy parametr to nie wielkość gospodarstwa, tylko wielkość pola. Badania europejskie dość zgodnie pokazują, że rozdrobnienie pól i różnorodność upraw poprawiają bioróżnorodność czasem silniej niż sam certyfikat ekologiczny. Duże gospodarstwo, które utrzymuje miedze, zadrzewienia, pasy kwietne i mniejsze łany, może być dla ptaków lepsze niż drobne, ale wysprzątane do ostatniego metra.
Więc pytanie nie brzmi „czy będzie miejsce dla rolnika”, tylko „czy ktokolwiek będzie miał interes w tym, żeby w krajobrazie zostało coś poza plonem”. W modelu czysto kontraktowym nie ma takiego interesu. Trzeba go stworzyć.
Znika świadomość, że jedzenie pochodzi z natury. Dzieci szczególnie. Czy tracimy też elementarną edukację przyrodniczą?
Tracimy, i to w sposób, który ma nazwę. Robert Pyle nazwał to wymieraniem doświadczenia, a Daniel Pauly opisał syndrom przesuwającej się linii odniesienia: każde pokolenie przyjmuje stan świata z własnego dzieciństwa za normalny. Jeśli dorastasz w krajobrazie bez skowronka, to nie odczuwasz straty. Nie wiesz, że coś ubyło.
Gospodarstwo było jedynym miejscem, gdzie dziecko widziało pełny cykl: narodziny, karmienie, chorobę, śmierć, ubój, gnicie, kompost, znowu wzrost. To jest wiedza niezastępowalna filmem. Dzisiaj dziecko widzi produkt w folii i aplikację, która po zdjęciu czy głosie mówi mu, jaki to gatunek. Aplikacje są świetne, sam z nich korzystam, ale one dają nazwę, a nie relację.
I powiem coś, co wykracza poza sentyment: to jest kwestia jakości demokracji. Będziemy głosować o Wspólnej Polityce Rolnej, o wodzie, o klimacie, o dobrostanie zwierząt. Społeczeństwo, które nie ma żadnego zmysłowego punktu odniesienia do tych spraw, podejmie te decyzje na podstawie reklam. Trudno chronić coś, czego nigdy się nie dotknęło.
Ludzie lubią działeczki, lokalne bazarki. Zdrowa żywność zaczyna być niszowa?
Niszowa i – co martwiące – jak to teraz mówi klasowa. Dobre jedzenie staje się markerem statusu – a to jest społecznie kiepska wiadomość, bo z sojusznika ochrony przyrody robi snobizm, który łatwo wyśmiać.
Natomiast do działek mam ogromny sentyment (choć czasami musiałem się nieźle napracować, bo rodzice pracę na działce uznawali za wskaźnik dobrego wychowania) i coraz większy szacunek naukowy. Rodzinne ogrody działkowe to dziś jedne z bogatszych siedlisk w miastach: mozaika, stare drzewa owocowe, kompostowniki, altanki ze szparami, brak wielkopowierzchniowych oprysków. Mazurek, kopciuszek, gąsiorek, jeż, dziki zapylacz — one mają się tam często lepiej niż na otaczających polach. Mamy paradoks, do którego trudno się przyzwyczaić: część gatunków „krajobrazu rolniczego” chroni się dziś w mieście.
Jest jeszcze drugi, mniej oczywisty powód, dla którego bronię działek. To najtańsza dostępna infrastruktura zdrowia psychicznego, jaką miasta posiadają. Praca w ziemi, rytm sezonu, odroczona nagroda, kontakt z organizmami żywymi – to wszystko działa i jest to dobrze udokumentowane. Na przykład wykazano, że bogactwo gatunkowe ptaków w otoczeniu wiąże się z zadowoleniem z życia Europejczyków w skali porównywalnej z efektem dochodu. To nie jest poezja, to są dane. Działka daje jedno i drugie naraz: różnorodność i sprawczość.
Tylko bądźmy uczciwi – bazarek nie jest automatycznie ekologiczny. Sporo towaru na miejskich targowiskach jedzie tą samą ciężarówką z tej samej hurtowni co do sklepu. Kupujemy tam często narrację, nie łańcuch dostaw.
Zakupy warzywne z marketów pochodzą z upraw korporacyjnych – czy to nie jest zbyt duże uproszczenie?
Moim zdaniem jest uproszczeniem. Polska cebula, marchew, kapusta, jabłka – to w większości polskie gospodarstwa, tyle że coraz większe i coraz mocniej związane kontraktem z siecią. To nie jest „korporacja kontra rolnik”, to jest wydłużony łańcuch, w którym decyduje ten, kto stoi najbliżej konsumenta.
Znacznie ciekawszy jest inny mechanizm: dyktat wyglądu. Sieć wymaga kalibracji, jednolitej wielkości, braku skazy, powtarzalnej dostawy przez cały rok. To generuje dwie rzeczy – marnotrawstwo na polu, bo to, co krzywe, nie jedzie nigdzie, oraz presję na zabiegi chemiczne wykonywane nie dla plonu, tylko dla urody owocu. Płacimy środowiskiem za estetykę półki.
I trzecia rzecz, bliska mi zawodowo – częściowo zajmuję się przecież fenologią, czyli nauką o sezonowości świata przyrody. Całoroczna dostępność wszystkiego odcięła nas od sezonu. Truskawka w grudniu jest cudem logistyki i jednocześnie drobnym uszkodzeniem poznawczym – przestajemy czuć rytm roku. A rytm roku to jest to, czym żyje cała przyroda, którą chcemy chronić. Trudno przejmować się tym, że bocian wraca wcześniej albo że czereśnia kwitnie dwa tygodnie przed czasem, jeśli dla nas wszystkie tygodnie wyglądają tak samo.
Reklama o „Ryneczku” – czy to nie jest ciekawy paradoks: supermarket przejmuje język lokalności?
To jest paradoks podręcznikowy i mnie też bawi. Ikonografia wsi staje się zasobem marketingowym dokładnie w momencie, w którym realna wieś przestaje istnieć. Krowa na pastwisku na kartonie mleka od krowy, która pastwiska najprawdopodobniej nigdy nie widziała. Drewniana skrzynka, rafia, kreda i kaligrafia – obok mandarynek z drugiej półkuli.
Ale wyciągnąłbym z tego wniosek mniej oczywisty niż „cyniczny marketing”. Marketing nie tworzy tęsknot, on je wykrywa i sprzedaje. Skoro dział badań wielkiej sieci ustalił, że obraz bazarku, gwary i miedzy uruchamia w Polakach coś silnego, to znaczy, że ten kapitał społeczny istnieje i jest mierzalny. Polacy chcą krajobrazu, który nazywamy wiejskim. Po prostu na razie kupują jego zdjęcie zamiast płacić za jego utrzymanie.
Moim zdaniem to jest do przekierowania. Jeśli konsument reaguje na „lokalne”, to można go nauczyć pytać: lokalne, czyli czyje, skąd, z jakiego pola i czy na tym polu jest jeszcze miedza.

Jest Pan specem od ptaków, ornitologiem. Im te znikające wsie też nie służą?
Zdecydowanie nie służą – i to jest dla wielu ludzi zaskakujące, bo intuicja podpowiada coś odwrotnego: mniej rolnictwa, mniej chemii, mniej hałasu, więc przyrodzie powinno być lepiej. Tymczasem tradycyjne obejście było jednym z bogatszych mikrokrajobrazów w całej Polsce. Na przestrzeni jednego hektara miało się: budynek z dziurami, strych, drewno, obornik, kałużę, sad, żywopłot, pokrzywy, gołą ziemię, kupę kamieni i sterty siana. To jest cały gradient warunków, jakiego na wielkim polu nie zbuduje się nigdy. Wieś była wyspą różnorodności w rolniczym morzu.
Mamy całą grupę gatunków, które są z człowiekiem związane niemalże bezwarunkowo. Dymówka, oknówka, wróbel, mazurek, kopciuszek, płomykówka, pustułka, dudek, no i bocian biały – nasz ptak herbowy, którego mniej więcej co piąty na świecie gniazduje w Polsce. Bocian to gatunek w stu procentach wytworzony przez krajobraz rolniczy: gniazduje na konstrukcjach człowieka, a żeruje na koszonych łąkach i pastwiskach, bo tylko tam widzi zdobycz. Zabierz kośne łąki i krowy – a bocian nie przeniesie się do lasu. On po prostu zniknie albo przeniesie się na wielkie składowiska odpadów. Mało romantyczny widok.
To jest sedno tego, co chcę w tej rozmowie powiedzieć: w krajobrazie rolniczym człowiek jest gatunkiem kluczowym. Nie sąsiadem przyrody, nie jej zagrożeniem – jej warunkiem. My nie chronimy tu przyrody przed człowiekiem. Chronimy przyrodę, którą człowiek stworzył i którą musi dalej kształtować.
W Polsce liczebność ptaków krajobrazu rolniczego wyraźnie spada. Co je najbardziej zabija: intensywne rolnictwo czy zanik tradycyjnego krajobrazu wsi?
Najkrócej: jedno i drugie, choć lokalnie intensywność działania czynników jest zróżnicowana.
Dane są jednoznaczne co do kierunku. Wskaźnik ptaków krajobrazu rolniczego, liczony dla 22 gatunków w ramach Monitoringu Ptaków Polski (zwany pięknie FBI), spada od 2000 roku w tempie około procenta rocznie, co daje ponad dwadzieścia procent ubytku w ćwierć wieku. W Europie Zachodniej, gdzie intensyfikacja zaczęła się wcześniej, spadki są dramatycznie głębsze. Najsilniejsze trendy spadkowe notujemy u czajki, rycyka, turkawki, świergotka polnego, przepiórki.
Ale przyczyny są regionalnie różne. W Wielkopolsce czy na Kujawach działa intensyfikacja: wielkie łany, brak zadrzewień śródpolnych, brak wody, zaorane miedze, ubytek owadów. Na Podkarpaciu, Podlasiu, w Beskidach działa mechanizm odwrotny – porzucanie gruntów, sukcesja, zarastanie. Atak z obu stron.
I dorzucę trzeci czynnik, według mnie niedoceniany: ujednolicenie czasu. Dawniej na wsi wszystko działo się w różnych momentach, bo każdy gospodarz miał inny kalendarz, inny sprzęt i inną pogodę w głowie. Dziś cała gmina kosi w ciągu trzech dni, bo wszyscy mają dostęp do tej samej usługi i tej samej prognozy. Dla derkacza czy czajki to jest katastrofa jednego dnia, bez żadnego miejsca ucieczki. Wypas ma tę przewagę, że jest z natury nierównomierny w czasie i przestrzeni. Kosiarka jest demokratyczna w najgorszym sensie – traktuje wszystkich tak samo.
Ale nie idealizujmy dawnej wsi. Co właściwie tracimy – i czego nie powinniśmy żałować?
Bardzo dziękuję za to pytanie, bo nostalgia bywa złym doradcą w ochronie przyrody.
Dawna wieś to także bieda, ciężka praca od świtu, umieralność dzieci, brak higieny, przemoc, alkohol. Dawna wieś nie była też przyrodniczym rajem z wyboru: tępiono „szkodniki”, wybierano jaja, niszczono gniazda, wybijano drapieżniki, orano do ostatniej skiby, bo był głód. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że przyrodnicza wartość tradycyjnego krajobrazu była w dużej mierze skutkiem ubocznym braku kapitału. Miedza istniała, bo trzeba się było odseparować od sąsiada. Sad był różnorodny, bo nie było pieniędzy na jednolity materiał sadzeniowy. Późne koszenie brało się z braku niezbędnego sprzętu, nie z wiedzy ekologicznej.
I stąd płynie najważniejszy wniosek praktyczny. Skoro ta mozaika była produktem ubocznym biedy, to nie wróci sama i nie wróci z sentymentu. Jeśli jej chcemy, musimy za nią świadomie zapłacić – jako społeczeństwo, rolnikom, za konkretną pracę. To już nie jest efekt uboczny. To musi być usługa. Taki system zresztą bywa praktykowany i podpowiem, że przy odrobinie pomysłów, pewnie gotów do weryfikacji na prawdziwie wolnym rynku.
Czego więc nie żałuję? Harówki, głodu, chorób, braku perspektyw. Czego żałuję? Skali, nieregularności, powolności i tego, że w krajobrazie było mnóstwo miejsc, których nikt nie użytkował do końca. A bardziej osobiście – rozmów z dziadkami, owiec, koni … i kaczeńcy za oknem.
Zniknie określenie rolnik?
W zasadzie znika, nawet w samej codziennej komunikacji coraz częściej pojawia się określenie farmer. Ale, moim zdaniem, słowo zostanie, ale rozjedzie się na kilka bardzo różnych zawodów.
Pierwszy to menedżer-agronom: satelity, drony, dane, precyzyjne dawkowanie, kilkaset czy kilka tysięcy hektarów. Człowiek, który częściej patrzy w monitor niż w niebo – choć powiem uczciwie, że część z nich to znakomici obserwatorzy przyrody i dobrzy partnerzy w badaniach.
Drugi to zarządca krajobrazu, opłacany nie za tonę, ale za efekt środowiskowy: za wodę zatrzymaną, za węgiel w glebie, za ptaki, które wróciły. Na razie brzmi to egzotycznie, ale do tego zmierza Europa.
Trzeci to wytwórca-rzemieślnik: ser, wędlina, stare odmiany jabłek, agroturystyka. Niewielka skala, wysoka marża, klient przede wszystkim z miasta.
I czwarty, o którym prawie nikt nie mówi, a który mnie osobiście niepokoi najbardziej – pasterz. Do utrzymania hal, muraw i łąk potrzebujemy ludzi, którzy potrafią chodzić ze stadem, znają teren, psy i pogodę. Tych kompetencji nie da się odtworzyć szkoleniem weekendowym, a przenoszone są niemal wyłącznie przez praktykę, z pokolenia na pokolenie. Już dziś na niektórych obszarach trudniej znaleźć pasterza niż pieniądze na wypas. To jest wąskie gardło ochrony przyrody w Polsce, o którym nie ma ani jednej debaty.
Zniknie natomiast, i to niestety szybko, środek: gospodarstwo trzydziestohektarowe z kilkunastoma krowami. A to właśnie ono trzymało krajobraz.
Na koniec. Wie Pan, czego ludziom brakuje podczas takich odwiedzin? Zapachu wsi… A co czuć teraz, kiedy przyjeżdżamy na wieś?
Czuć świeżo skoszony trawnik, tuję, grilla i płyn do płukania z suszarki. To nie są złe zapachy. One są po prostu miejskie – przywieźliśmy je ze sobą.
A to, za czym ludzie tęsknią, to zapachy złożone: obornik (tak!!!), gotowane ziemniaki dla świń, siano, zimna ziemia po deszczu, dym z komina, mokre drewno. Węch jest silnie i bezpośrednio powiązany z ośrodkami mózgu odpowiedzialnymi za pamięć i emocje, więc dlatego zapach wywołuje wspomnienia bardziej autobiograficzne i bardziej nagłe niż obraz czy dźwięk. Kiedy ktoś mówi, że tęskni za zapachem wsi, on w istocie tęskni za konkretnym popołudniem z dzieciństwa i za osobą, która wtedy przy nim była. To nie jest tęsknota za rolnictwem. Być może to jest tęsknota za sobą sprzed lat.
Ale powiem, czego brakuje jeszcze bardziej, choć ludzie rzadko to nazywają: dźwięku. Nie ma koguta, nie ma krowy, nie ma klepania kosy, nie ma świergotu dymówek. Przyjeżdżamy na wieś „po ciszę” i dostajemy ciszę znacznie głębszą, niż zamawialiśmy, bo to nie jest cisza spokoju, tylko cisza nieobecności.
I tu jest puenta, która mnie jako badacza najbardziej zastanawia. Wiemy dziś dość dobrze, że kontakt z przyrodą, a zwłaszcza ze śpiewem ptaków, realnie obniża napięcie, poprawia nastrój i regeneruje uwagę – badania nad tak zwaną miękką fascynacją i nad związkiem bogactwa gatunkowego ptaków z zadowoleniem z życia pokazują efekty naprawdę wymierne. Jedziemy więc na wieś po zdrowie psychiczne. A jednocześnie jako społeczeństwo od kilkudziesięciu lat finansujemy usuwanie dokładnie tego, po co jedziemy.
Dlatego uważam, że rozmowa o polskiej wsi nie jest rozmową nostalgiczną. To jest rozmowa o tym, czy stać nas na utrzymanie człowieka w krajobrazie. Bo kiedy człowiek stamtąd wychodzi, nie wraca dzika przyroda. Wraca cisza, ale nie ta której potrzebujemy.





