Rozpoczynamy cykl rozmów z pisarzami, którzy w swojej twórczości czerpią inspirację z przyrody. Jak natura wpływa na ich pisanie? Czy stanowi tylko tło, czy też pełnoprawnego bohatera opowieści?

Na początek rozmawiamy z Marcinem Przewoźniakiem – autorem książek dla dzieci i młodzieży, dziennikarzem, tekściarzem i miłośnikiem podróżowania. Jego twórczość to mieszanka przygody, historii i zagadek, ale także szacunku dla natury. W książkach takich jak Ostatni trop Kopernika czy Krypta trzech mistrzów bohaterowie nie tylko rozwiązują tajemnice, ale też wędrują przez świat, odkrywając niezwykłe miejsca. Jest również autorem książki ekologicznej dla dzieci, bo – jak sam przyznaje – wierzy, że najmłodsze pokolenie ma w sobie wrażliwość na świat przyrody.

Pytamy jak natura inspiruje jego pisanie, jak podróże wpływają na jego książki i czy literatura może kształtować ekologiczną świadomość najmłodszych czytelników.

redakcja

 

 

 

Katarzyna Kamyczek: W wielu Pańskich książkach przewija się wątek przygody, zagadki i historii. Jaką rolę odgrywa w nich natura? Czy jest tylko tłem, czy może pełnoprawnym bohaterem?

Marcin Przewoźniak: Dzień dobry wszystkim! Fakt, uwielbiam przygody, historie i zagadki z nią związane, dlatego dzielę się tą pasją z czytelnikami. W kryminałach natura jest po prostu tłem. Zwłaszcza, że akcja większości moich książek tego typu rozgrywa się raczej w miastach. W bajkach z kolei staje się najbliższym przyjacielem, z którym opisywane postacie mają głęboki sensytywny i emocjonalny kontakt. Bohaterowie Tadka Odpadka walczą o czysty świat czynem, słowem i podstępem. W tej książce podpowiadam, jak zadbać o planetę zaczynając od swojego otoczenia w mikroskali, w zakresie, który można wykonać z dziećmi, rodziną, sąsiadami czy samorządem. O rany, ale mądrze zabrzmiało, a to tylko bajka o śmieciarzu-youtuberze, jego kumplach zwierzakach i gadającej śmieciarce!

W wydanych przed prawie 20 laty Wielkiej Encyklopedii Krasnoludków i Bajkach Krasnoludków przyroda faktycznie stała się pełnoprawnym bohaterem, a wiele wątków tych opowieści dotyczyło zrównoważonego i mądrego współistnienia z naszym wielkim żywym światem. Można powiedzieć, pisałem o tym, nim stało się to modne. Wspomnę też Gang Fajniaków z 2020r. To także była niezwykle proekologiczna seria, a przyroda wcielona w czeredę pluszowych postaci sama zagrała główną rolę.

 

Był Pan fanem przygód Pana Samochodzika. Tam opisów przyrody, natury nie brakowało.

Hasło „opisy przyrody” kojarzy mi się wyłącznie z Nad Niemnem i to jest najbardziej nieekologiczne skojarzenie ever. Po lekturze Orzeszkowej człowiek miał ochotę kupić piłę spalinową, maszynę do wylewania asfaltu i skrócić tę książkę o kilkadziesiąt hektarów inwentaryzacji lasu i łąki.

Wracając do „Samochodzika” – dzięki Zbigniewowi Nienackiemu polubiłem Warmię i Mazury zanim jeszcze tam dotarłem jako świadomy turysta. Zwiedzając północno-zachodni fragment Polski: Chwarszczany, Moryń, Cedynię, przypomniałem sobie, że przecież czytałem o nich w Księdze Strachów i jako dziecko bardzo chciałem tam pojechać. Podczas rejsów Szlakiem Wielkich Jezior faktycznie zdarzały się takie asocjacje, że oto siedzę nad niezmąconą taflą wieczornego jeziora jak Pan Tomasz przycupnięty w cieniu swego wehikułu, wsłuchany w cichnący las. Upajam się towarzystwem  nietoperzy. Czuję bratnią duszę w wędkarzu tkwiącym nieruchomo w zakotwiczonej na środku jeziora łódce. Sam ryb nie łowię, ale czuję, że tamten gość nie tylko lubi polowanie z wędziskiem, on przede wszystkim lubi tu być.

Tak, Nienacki był dobrym swatem, uczył, jak kochać i doceniać przyrodę, niezależnie od tego, że skradziony diadem lub bursztynowy skarb był najważniejszym motywem opowieści. W dodatku Pan Tomasz i jego czerwony brat Winnetou dawali dobry przykład, jak dbać o drzewa, wodę, a nawet o ciszę jako wartość wspólną i nadrzędną… znów dodam, na dłuuugo przedtem, nim stało się to modne.

 

Jakie były Pana ulubione książki w młodości związane z naturą? Czy na wakacjach podążał Pan szlakiem bohaterów?

Przede wszystkim to będzie Arkady Fiedler i jego bajeczna Amazonia, Orinoko, Peru i Kanada. Zaczytywałem się w tym zachłannie. Z przyczyn oczywistych szlakiem Fiedlera nie wyruszyłem. Drogo i daleko. Wspomnę jeszcze Wyprawę Kon-Tiki Thora Heyerdahla. Jak dla mnie – jeden z najważniejszych literackich i naukowych hołdów dla pięknego, różnorodnego i cierpliwego świata, który mamy okazję właśnie odsyłać w zaświaty.

 

Pana książki: Ostatni trop Kopernika i Krypta trzech mistrzów mają w sobie ducha Pana Samochodzika, ale w nowoczesnym wydaniu. Jak wyglądało przenoszenie klasycznej konwencji na współczesny grunt? Czy natura i jej ochrona stały się częścią tej modernizacji?

Ten „duch Pana Samochodzika” to jakieś przekleństwo. Każda historia o skarbach, historycznych tajemnicach i złodziejach dzieł sztuki staje się automatycznie książką „w stylu Pana Samochodzika”. A gdybym napisał western, czy byłaby to powieść „w stylu Karola Maya”? Oby nie, błagam, to ja już poproszę „w stylu Sergio Leone”.

Klasyczna konwencja ma to do siebie, że zawsze się dobrze implementuje w każdej nowoczesnej rzeczywistości. Zmieniają się tylko okoliczności społeczne i techniczne. Zbrodnia, przestępstwo, szlachetność, dobro i zło, pozostają właściwie niezmienne – i w czasach Heculesa Poirot i w „Gwiezdnych Wojnach”. Jednak do tego bym natury nie mieszał. Może tylko tyle, że zaczęliśmy dostrzegać, jaki bajzel wykonaliśmy na Planecie Ziemia, więc wątki ekologiczne pojawiają się częściej.

 

Czy pisząc, odwiedza Pan miejsca, które opisuje, czy raczej opiera się pan na wyobraźni i dostępnych źródłach? Które z odwiedzonych miejsc zrobiło na Panu największe wrażenie pod względem przyrody?

Jeśli nie piszę bajki, zawsze jadę tam, gdzie potem osadzam akcję książek. Supraśl i okolice, a także Białowieża wywarły na mnie kolosalne wrażenie – przyrodniczo i kuchennie. Dlatego kryminał kulinarny Mama w occie. Zabójcze pierogi po prostu musiałem umieścić  w Supraślu. Hiszpańska Ronda przeorała głowę niejednego pisarza, proszę więc nie dziwić się, że musiałem posłać tam bohatera Ostatniego Tropu Kopernika. Kocham Karkonosze, w ogóle Dolny Śląsk, za każdym razem odczuwam głęboki respekt dla piękna tej krainy, no ale tam już zadziała się połowa literatury. Beskidy zawsze mnie oczarowują, kiedyś na pewno wprowadzę tam akcję książki.

Mam jeszcze swój ulubiony szlak spacerowy z Juraty do Helu. Dwanaście kilometrów prawie pustej, a przy wspaniałej sztormowej pogodzie to w ogóle pustej plaży. Tam się dopiero można nacieszyć światem w największej samotni w Polsce. Nie zachęcam do naśladownictwa, nie róbcie mi tam tłoku!

 

Jest Pan autorem książki o ekologii dla dzieci. Jak widzi Pan ich świadomość ekologiczną? Czy nowe pokolenie faktycznie ma większą wrażliwość na kwestie ochrony środowiska?

Nawet kilku książek, bo oprócz Tadka Odpadka grzeje temat także Śmieciareczka dla najmłodszych. Wrażliwość małych i młodych czytelników faktycznie się zwiększa. Jednak często przegrywa z bezmyślnością. Można poprowadzić sto świetnych lekcji o ochronie przyrody, recyklingu, itepe… a potem wycieczka z podstawówki i tak musi odruchowo oberwać wszystkie listki z mijanego żywopłotu, a papierki i kartoniki po sokach niekoniecznie wylądują w koszu na śmieci.

Jednak edukacja ekologiczna ma głęboki  sens. Młodzież przypomina sobie, czym nasiąkła w dzieciństwie. Liczne inicjatywy proekologiczne młodych ludzi, włączając w to radykalne działania (z którymi się nie zgadzam) Ostatniego Pokolenia uświadamiają nam, że tak, nowe pokolenia mają ekologię w sercu i w rozumie. Jest więc jakaś nadzieja…

Dodam, że napisałem kiedyś dla Teatrzyku Piosennego Łejery z Poznania piosenkę pod tytułem „A co będzie, gdy nie będzie”. Można znaleźć na Youtube. Wydawała mi się po prostu całkiem zgrabna, jednak kiedy usłyszałem ją w wykonaniu znakomitych łejerskich artystów, do muzyki Mistrza Mariusza Matuszewskiego i ujrzałem teledysk… pomyślałem, że to chyba najważniejsze i najpiękniejsze, co napisałem w życiu – dla Matki Natury.

 

Czy myśli Pan o edukacyjnym wymiarze swoich książek? Chce pan zaszczepić w młodych ludziach nie tylko pasję do przygody, ale i do przyrody?

Oczywiście, chcę by te książki bawiły i trochę wychowywały. I tak, wierzę, że dorzucam jakieś mikro ziarnko, by kiedyś zakiełkowało w głowach wspaniałych młodych ludzi, którzy nie gardzą książkami.

 

Wielu autorów książek dla dzieci podkreśla, że dzieci są bardzo empatyczne wobec zwierząt, ale jednocześnie uwielbiają fast food. Jak Pan to widzi? Czy w książkach dla najmłodszych można znaleźć sposób na promowanie świadomego podejścia do jedzenia?

Sposób na pewno można znaleźć, nie wiem tylko jaki. Faktem jest, że dzieciom burger niekoniecznie kojarzy się z sympatyczną świnką (na przykład Pepą), paluszki rybne z bohaterami „Gdzie jest Nemo”, a nuggetsy z żółciutkim kurczakiem-słodziakiem. Część rodziców nawet woli iść w zaparte, że polędwica rośnie na wierzbie, byle tylko uchronić swe pociechy przed wstrząsającą prawdą, że oto pożeramy zwierzątka.

Poza tym, wybaczcie Państwo, „świadome podejście do jedzenia” to takie pojęcie-widmo. Czy chodzi o walkę z okrutnym przemysłowym chowem zwierząt? Jestem za. Tylko ile kosztowałby kotlecik, gdybyśmy wrócili do małych stad pasących się na sielskich zielonych łąkach? Może chodzi o dietę wege? Rozumiem i szanuję, sam czasem idę w to na dłużej, a jednocześnie świadomie jadam mięso, bo lubię. Świadomie korzystam czasem ze śmieciowego menu w fast-foodach, zwłaszcza w podróży. W makburgerpizzach jeszcze nigdy się nie zatrułem, ani moje dzieci, tymczasem lokalne restauracje „niesieciowe” parę razy przywaliły prawym prostym w żołądek. Nawet jeśli burgery zaczniemy komponować z larw świerszczy, trawy morskiej, celulozy i pulpy pokrzywowej z dodaniem chemicznego smaku wołowiny, nadal będą dla dzieci atrakcyjniejsze niż sałata Cezar.

Świat nie jest czarno-biały. Zgadzam się jednak, że trzeba szukać sposobu na świadome podejście do pożywienia.  Przede wszystkim trzeba walczyć o niemarnowanie i niewyrzucanie jedzenia. Polscy autorzy z pewnością sobie z tym zadaniem poradzą.

 

Przyroda i kultura to dwie siły, które kształtują człowieka. Jak Pan widzi ich wzajemne oddziaływanie w literaturze?

Tak, że to w zasadzie najlepsza oś każdej opowieści. Natura jest pierwotnym pięknem i prawem. Kultura jest próbą odwrócenia zastanych sensów i zasad, by nadać im nowe konteksty. Czysta epika, liryka i dramat!

 

Jakie znaczenie ma dla Pana podróżowanie w kontekście pisania? Czy podróże inspirują nowe historie, czy raczej pomagają zrozumieć świat, który pan opisuje?

Podróże to podstawa pięknego życia. Nowe miejsca, nowi ludzie, nowe smaki i krajobrazy… to niewyczerpane źródło inspiracji. Nie wyobrażam sobie pisania bez podróżowania i odwrotnie. Nie można zrozumieć świata bez jego odwiedzania. Każdą podróż dokumentuję w albumie ze zdjęciami (tak, takimi wywołanymi, wklejonymi na kartonowe strony, to naprawdę fajne, słowo honoru zawodowego zmyślacza!). Opatruję je podpisami, zamieszczam anegdoty, bilety, przepisy kulinarne, czasem jakieś ulotne komentarze. Po pierwsze mogę w każdej chwili wrócić do tej narracji, po drugie – czasami bardzo się to przydaje jako materiał do książki.

 

Czy są jakieś miejsca na świecie, które chciałby Pan zobaczyć, bo czuje Pan, że mogą dostarczyć idealnej scenerii dla kolejnej książki?

Lista byłaby długa. Wymienię TOP3: Nowa Zelandia, Irlandia i jakiś urokliwy atlantycki wygwizdów, na przykład Szetlandy albo Wyspy Owcze. A bliżej – Wyspa Wolin. I tam się właśnie wybieram (na Wolin, nie na Szetlandy).

 

Obchodził Pan trzydziestolecie pracy twórczej, ale nie wybiera się na emeryturę. Czy ma Pan w planach książkę, która jeszcze bardziej łączy tematykę kultury i natury? Może jakiś ekologiczny kryminał dla młodych detektywów?

Nie istnieją emerytury dla pisarzy, więc muszę dopracować do swojej na etacie. A tam też mam jeszcze sporo do zrobienia. Nie, nie mam w planach takiej powieści, obiecuję pomyśleć. Na razie pracując nad nową książką siedzę głęboko w historii, jednak i tam przecież mamy ekologię! W moim aktualnym świecie Słowianie wytrzebili właśnie tysiącletnie puszcze, by z setek tysięcy pni powstały obronne grody, a w miejscu po lasach – pola uprawne.

 

Gdzie Pan ładuje baterie w naturze najchętniej? Jakieś miejsca zielone w Warszawie do polecenia? Albo dalej i bliżej stolicy?

Z czasów dzieciństwa i młodości – uważam Park Skaryszewski za prawdziwą, cudowną oazę natury. Od lat mieszkam w Świdrze pod Warszawą, gdzie lasu, ptaków i (niestety) dzików mamy pod dostatkiem, nawet nie trzeba z domu wychodzić, żeby je oglądać. Ostatnio za ogrodzeniem pałętały się łoś i dorodny lis. Na widok łosia nawet psu szczęka opadła.

Moje miejsce mocy to letni domek rodziców, na Mazowszu, nad Wisłą, w centralnym środku niczego. W okolicy gniazduje co najmniej 60 gatunków ptaków, w tym bocian czarny, rzadki gość. Odpoczynek przebiega więc w dobrym towarzystwie. A słowiki w nadwiślańskich łęgach – no, po prostu wiosenna piosenna bajka!

 

W Pana najnowszej książce pojawia się sztuczna inteligencja, która rywalizuje z inteligencją  głównego bohatera. Pisząc książkę zdarzało się z nią rywalizować? Coś podpowiedziała takiego, że zrobił Pan WOW?

Pracując nad Kryptą Trzech Mistrzów udało mi się zapoznać się z takimi materiałami na temat AI, że często łapiąc się za głowę wołałem: WOW! Bardzo lubię tę książkę, ponieważ, niestety, polubiłem też moją bohaterkę, sztuczną inteligencję, którą świadomie uczłowieczyłem, a wreszcie uczyniłem… dobra, stop, bez spoilerów.

Bohater powieści Miłosz Erbacher przegrywa z AI na punkty, bo ona nie tylko jest szybsza, ma większą wiedzę wysysaną w okamgnieniu ze światowych zasobów internetowych, ale w dodatku jeszcze kontroluje go poprzez całą dostępną elektronikę i cenzuruje jego poczynania. Jest jego cyfrową obrożą. Polecam „Kryptę”, sami oceńcie, czy Erbacher wymyślał skuteczne sposoby na urwanie się spod oka i ucha Wielkiej Siostry AI. Pisząc tę powieść nie rywalizowałem z AI. Jeśli jednak zadacie nam questa: napisz dziewięciozgłoskowcem wiersz dla dzieci o pożytkach z posiadania tabletu, to cyfrowa mądrala wypluje tekst za minutę, a ja może za dwie-trzy godziny. I mam jedynie nadzieję, że mój będzie lepszy, choć zameldowany na mecie jako ostatni.

Z AI możemy rywalizować wyłącznie na… inteligencję właśnie. Dopóki ona pozostanie „stochastyczną papugą” gromadzącą bimbaliony gotowych fraz do dowolnego skompilowania w trzy sekundy, dopóty mamy szansę. Pamiętajmy jednak, że kiedy ten cyberpotwór przestanie tylko analizować i syntetyzować dane, a zacznie naprawdę myśleć i generować skojarzenia czyli rozwinie kreatywność, to już po nas.

 

Kiedy coś nowego od Pana do poczytania będzie?

W tym roku powinien ukazać się picturebook Gdzie mieszkał Mieszko o zamierzchłych, fascynujących czasach Słowian i pierwszych Piastów. Maestro Kamil Pruszyński genialnie to zilustrował, a ja dołożyłem starań, by młodsi czytelnicy poznali bliżej naszych tajemniczych przodków. Fani książki Baśka i Maks. Język polski nie z tej ziemi niech szykują w przyszłym roku miejsce na półce. Pracujemy z Nikolą Kucharską. Nasi bohaterowie powrócą z nowym śledztwem w sprawie nieprzewidywalnej i niezrozumiałej, a jednak zabawnej polszczyzny.

Natomiast amatorzy poezji niech złowią w czytelnicze sieci Koty, krowy oraz jeże pozdrawiają nietoperze. Taki zabawny tomik z wygłupami, w szelmowskiej interpretacji ilustracyjnej Aleksandry Lipki. W kontekście naszej rozmowy uświadomiłem sobie, że on też właściwie jest o przyrodzie…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

15 − piętnaście =